Jesteś terapeutą?

Wybaczanie ma wielką moc - rozmowa z Piotrem Polkiem

Aktorem, piosenkarzem, człowiekiem pełnym dobrej energii i pomysłów. Marzycielem, który nigdy się nie poddaje, wie, czego chce, i konsekwentnie to realizuje.

Artykuł na: 23-28 minut psychologia

Agnieszka Podolecka: Piotrze, czy czujesz się spełniony? 

Piotr Polk: Biorąc pod uwagę wszystko, co zrodziło się w mojej głowie już w dzieciństwie i to, co udało mi się osiągnąć – tak. To, co sobie wymyśliłem wtedy na życie, realizowałem bez obaw o śmieszność, bez zastanawiania się, czy mi się uda.

Zawsze byłem otwarty na ludzi, zdarzenia i głęboko wierzyłem, że wszystko, co się wydarzy, dobre lub złe, przekuję na naukę lub sukces.

Taka odwaga to mało polska cecha.

Dziś już nie wiem, co jest polską cechą i czy sam pasuję do polskich standardów. Z wyglądu zawsze byłem kruczoczarny, o śniadej cerze i ciemnych oczach. W rodzinie żartowano, że gdy wojska napoleońskie szły na Rosję, moja prapraprababcia zaprzyjaźniła się z jednym z francuskich oficerów, a praprapradziadek na szczęście się o tym nie dowiedział. Nigdy nie dosięgnął mnie polski fatalizm.

Mam wrażenie, że człowiek albo rodzi się optymistą i ma wiarę w życie i siebie, albo nie. Nigdy nie rozumiałem tych, którzy nie wiedzą, czego chcą od życia. Nawet jako dziecko, pytany o to, kim chciałbym zostać, wiedziałem, co odpowiedzieć – miałem głowę pełną pomysłów. Mądrych, głupich, ale zawsze o czymś marzyłem. Nigdy w moim słowniku nie funkcjonowało wyrażenie „nie wiem”. Jednego dnia chciałem być lotnikiem, innego archeologiem.

O, ta myśl przyświecała mi bardzo długo, pewnie na skutek przeczytanych książek. Potem chciałem być muzykiem, więc poszedłem do szkoły muzycznej, pragnąłem też poznać jak najwięcej języków, tyle, ile dam radę opanować. Nie wiem, skąd w głowie młodego człowieka na śląskiej prowincji było tyle pomysłów.

Może to była chęć ucieczki z tego miejsca? Nie od rodziny, znajomych i przyjaciół, tylko z prowincji... Uwielbiam oglądać ludzi, obserwować ich, podkradać ich zachowania. Chciałem ich naśladować. Może właśnie to leżało u źródeł mojego marzenia o aktorstwie? Patrzę na swoje życie i myślę, że jestem spełnionym człowiekiem.

A jest coś, co ci się nie udało?

Och! Mam mnóstwo niespełnionych marzeń, niezrealizowanych zamierzeń. Ale gdyby człowiek miał się nazwać spełnionym dopiero wtedy, gdy zrealizuje wszystkie swoje plany, nie starczyłoby mu życia... Takich ludzi chyba nie ma.

Bo idealnego życia nie ma, zawsze czegoś komuś zabraknie, czegoś się nie dopilnuje, albo zawiedziesz się na ludziach.

Ale mimo wszystko nie tracisz wiary w ludzi. Jesteś marzycielem?

I to jakim! Pod tym względem nigdy nie wydoroślałem. Zawsze mam mnóstwo marzeń i nie pojmuję, jak można bez nich żyć. Na przykład chciałbym zobaczyć kulę ziemską z kosmosu. Gdy to mówię, zazwyczaj słyszę, że to przecież nierealne, więc po co o tym marzyć!

Ale dla mnie to jest realne! Człowiek już był w kosmosie. Taki sam, jak ja! Byli też inni. Skoro oni mogli polecieć w kosmos, to i ja mogę. Loty komercyjne niedługo będą możliwe. Ja pewnie nigdy na taki lot nie zarobię, więc pod tym względem moja podróż może być niemożliwa.

Ale nie nierealna. Nierealne jest marzenie, żeby żyć 250 lat! Ale lot w kosmos jest realny. W kontekście marzeń podziwianie Ziemi z kosmosu jest realne. Realizowanie marzeń rzadko jest łatwe, zazwyczaj wymaga poświęcenia, wiary, pracy, cierpliwości, samozaparcia i celu.

Na spełnianie marzeń nie można bezczynnie czekać i zwlekać z ich spełnianiem. Trzeba pomóc szczęściu, wyciągnąć ku niemu rękę, zrobić, co w naszej mocy, aby myśli się ziściły, a cel stał się bliższy. Nie zrealizowałem wielu moich marzeń, ale zawsze starałem się osiągnąć to, o czym marzyłem.

Jeżeli młody człowiek z małego środowiska, który poza kinem nie doświadczył żadnego rodzaju sztuki, który nie mówił dobrze po polsku, bo w domu mówiło się po śląsku i po niemiecku, postanawia zostać aktorem i realizuje to marzenie, to jest to jak oglądanie Ziemi z kosmosu!

Oczywiście wtedy nie wiedziałem, ile mnie czeka pracy, wyrzeczeń, stresów, ale byłem zdeterminowany, aby spełnić swój wielki sen. Zawziąłem się i z korkiem w zębach ćwiczyłem polską wymowę, podczas gdy moi koledzy grali w piłkę.

Gdy pojechałem do szkoły aktorskiej na dni otwarte, powiedziano mi, że może mam jakiś cień talentu, ale niestety to tylko cień. Komuś innemu podcięłoby to skrzydła, mnie dodało energii.

Byłem nieprzeciętnym marzycielem, ale i ogromnym realistą. Wiedziałem, że nie mogę marzyć o karierze koszykarza, mając 178 cm wzrostu. Ale cała reszta?... Czemu nie?

Z nauką języków w komunistycznej Polsce też nie było łatwo.

Jasne, że nie! Ale nie poddawałem się. Nie nauczyłem się wszystkich, o których marzyłem, bo zabrakło mi czasu, możliwości, ale kilka poznałem dość dobrze. Gdy miałem 8 lat, uważałem, że angielski jest najpiękniejszym językiem.

Mówiło nim pół świata, a w mojej szkole go nie było. Poszedłem zatem do biblioteki i poprosiłem o wszystkie książki po angielsku, a bibliotekarka powiedziała, że ma tylko 4 egzemplarze „National Geographic”. Wziąłem wszystkie.

Wypożyczyłem również słownik angielsko-polski i tłumaczyłem słowo po słowie. Oczywiście niewiele rozumiałem, ale próbowałem. Nie było wtedy w radiu ani w telewizji programów w tym języku. I wtedy z pomocą przyszło mi to jedyne w mojej miejscowości kino "Rusałka".

Chodziłem więc do kina kilkakrotnie na każdy film. Bilet kosztował 5 zł. Niewiele... Ale razy cztery to już było zbyt dużo dla mojego kieszonkowego. Rodzice pukali się w głowę, ale znajdowali pieniądze, żebym mógł rozwijać swoją pasję. Oglądałem film i za każdym razem starałem się coraz rzadziej spoglądać na napisy, zapamiętywać słowa, czasem całe zdania. Kupowałem każdą książkę, każdy zeszyt do nauki angielskiego, co wtedy też nie było łatwe.

Chodziłem do technikum elektrycznego, bo ojciec przekonał mnie, że trzeba mieć konkretny zawód, a tam z języków uczono jedynie rosyjskiego. Naciskałem więc na dyrektora szkoły, aby wprowadził angielski.

W końcu powiedział, że jak namówię 10 kolegów z klasy, to on sprowadzi lektora i będziemy mieć jedną lekcję tygodniowo. Udało mi się, przekonałem chłopaków. Cóż, uczyłem się tylko ja, oni jedynie chodzili na lekcje, ale dzięki temu grupa istniała. Nauczyłem się wystarczająco dużo, żeby spróbować zdać maturę z angielskiego w sąsiednim liceum ogólnokształcącym.

Dyrektor ogólniaka spojrzał na mnie jak na wariata – chłopak z technikum chce konkurować z licealistami! Ale zgodził się, a ja ten egzamin zdałem. To było kolejne spełnienie młodzieńczych marzeń. Kolejny lot w kosmos! Ileż w moim sercu musiało być odwagi, siły i ambicji! I tak mi zostało do dziś. Marzę i robię, co mogę, aby swoje kolejne marzenia spełniać.

A co cię w życiu najbardziej zaskoczyło?

Do pewnego czasu byłem beztroskim człowiekiem, bardzo ufnym. Nie miałem kontaktu z zazdrością, zawiścią. Ale gdy po pierwszym małym sukcesie spotkałem się z tym złem, życie postawiło mnie do pionu. Każdy sukces, każdy rodzaj powodzenia przyjmuję z pokorą, cieszę się oczywiście, ale szybko przechodzę nad nim do porządku dziennego. Odnoszę wrażenie, że sukcesy często odbierają człowiekowi wartość, rozleniwiają go, wpędzają w samozachwyt.

Natomiast każda porażka uczy niewyobrażalnie dużo. Dlaczego tak myślę? Bo to szczególnie widać w aktorstwie. Sukcesy przychodzą albo wtedy, gdy człowiek jest w harmonii ze sobą i może się nimi rozkoszować, jednocześnie mając do nich zdrowy dystans, albo za wcześnie, a wtedy tę harmonię burzą. Człowiek wpada w samouwielbienie, butę, więc zapomina, że nic nie jest dane na zawsze.

Osiada na laurach i ma pretensje, że sukces nie trwa wiecznie. Dziś wiem, bardzo dobrze, że nic nie jest nam dane na zawsze. Ani zdrowie, ani demokracja, ani wolność, ani miłość. O wszystko trzeba dbać, starać się i walczyć. Wszystko tak szybko przemija. Prócz ludzkiej zawiści. Ludzie zazdroszczą ci czegoś, w co sami nie włożyli żadnego wysiłku, nie poświęcili temu uwagi, pracy. Zazdroszczą ci sukcesu, na który pracowałeś całymi latami, pięknego domu, pozycji, pieniędzy, ale nikt nie zazdrości pracy, którą trzeba było włożyć w to, żeby te rzeczy zdobyć.

To jak sobie radzisz z hejtem? Teraz tak łatwo opluć kogoś w Internecie i nie ponieść żadnych konsekwencji.

Jest takie powiedzenie: lepiej z mądrym przegrać, niż z głupim wygrać. Jaki jest sens walczenia z głupotą, z bezpodstawną i bezimienną nienawiścią? Wiele razy czytałem artykuły na swój temat i dziwiłem się, jak można pisać tyle kłamstw naraz. Komu one służą?

Czytelników to niewiele obeszło, czy to była prawda, czy nie, a mnie zabolało. Dzisiaj możliwości kłamania są praktycznie nieograniczone, dzięki internetowi kłamstwa rozchodzą się błyskawicznie. I w końcu doszedłem do wniosku, że nie ma sensu przejmować się ludźmi, których nigdy nie spotkam na swojej drodze, którzy są tak nieszczęśliwi, że jedyną ich rozrywkę stanowi upokarzanie innych. Hejt stworzony w "toalecie" jest tyle wart, co zawartość tej toalety.

Ale przykro mi czasem, gdy ktoś, kogo znam, informuje mnie o negatywnych wpisach na mój temat. Patrzę wtedy na niego i nie rozumiem, po co mi o tym mówi? Dlaczego chce dostarczyć mi takich informacji? Czym się kieruje? Aktor zawsze jest narażony na ocenę, ale niech to będą oceny merytoryczne moich ról, a nie mnie prywatnie. Nie jestem amerykańskim dolarem, żeby się podobać z obu stron.

Jestem zwykłym człowiekiem, takim jak inni, raz coś mi wychodzi, a raz nie. Mogę być oceniany i każdy ma prawo do swojego zdania, ale ono nie powinno być podszyte nienawiścią czy zawiścią. To, że nie słucham określonego gatunku muzycznego, nie oznacza, że twórcy tej muzyki to partacze. Do mnie ich dzieła nie przemawiają, ale szanuję wysiłek, jaki włożyli w stworzenie swojej muzyki. Można czegoś nie lubić, ale dlaczego to nienawidzić? Skąd w ludziach tyle nienawiści?

Myślę, że ludzie nienawidzący innych w rzeczywistości nienawidzą siebie i swojego życia.

Pewnie tak. Kto kocha siebie, nie będzie krzywdził drugiego człowieka. Niestety jest wiele osób, które nie umieją kochać i nie są kochane. Ci ludzie nie są z natury źli, pewnie życie ich kiepsko potraktowało, stało się w nim wiele złego, nie mnie to oceniać.

Ale można się opanować i za swoje niepowodzenia nie wylewać żółci na innych. Skoro mnie się nie udało, to innym też nie ma prawa się udać? Co to za sposób myślenia? Ta polska, niczym nieuzasadniona zawiść przeraża mnie. Skala hejtu w naszym kraju jest przerażająca. Polacy nie lubią ludzi, którzy mają więcej niż inni, którzy odnieśli większy sukces, wyglądają inaczej niż ogół, wyznają inną religię, optują za inną racją polityczną.

Jesteśmy różni, ale nienawidzenie kogoś za kolor skóry czy pochodzenie jest równie absurdalne, jak nienawidzenie kobiet za to, że mogą rodzić dzieci, a mężczyźni nie. Los osób uwielbianych też wcale nie jest do pozazdroszczenia. Ludzie wymagają od swoich idoli ciągłej perfekcji, a tak się przecież nie da! Nawet najlepszy sportowiec może mieć gorszy dzień i nie stanąć na podium.

Aktor czy piosenkarz może mieć grypę czy chrypę i nie zaśpiewa ani nie zagra tak, jak wtedy, gdy jest zdrowy. Czy należy mieć mu to za złe? Bardzo bym chciał, żeby w Polsce było więcej tolerancji.

Myślisz, że ta nienawiść do ludzi sukcesu, zarzucanie im nieuczciwości, może wynikać z uwarunkowań religijnych w Polsce? Z biblijnego stwierdzenia, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do nieba?

Myślę, że zazdrość wobec osób zamożnych wynika również ze spuścizny naszych dziejów i komunistycznej przeszłości. Wyeliminowano inteligencję, pozbawiono ludzi majątków, wygnano arystokrację, która patronowała sztuce. W 1989 roku zaczęliśmy budować od nowa.

A teraz się cofamy. Burzymy to, co było naszą wartością, niszczymy prawdziwe autorytety, wstawiając w ich miejsce ideologiczne wydmuszki. Szanujmy ludzi, którym się w życiu coś udało, bo ciężko na to pracowali. We mnie nie ma zawiści. Chciałbym, żeby wszyscy byli tak szczęśliwi, aby życzyć innym wyłącznie dobrego.

 Jestem człowiekiem czynu. Najchętniej złapałbym łopatę i z Sudańczykami wykopał głęboką studnię, wiele studni.

Zawiodłeś się na przyjaciołach i bliskich osobach. Nauczyłeś się czegoś? Wyciągnąłeś wnioski?

Odnoszę wrażenie, że dzisiaj słowo "przyjaciel" traci na wartości, zbyt często się go używa. Kto jest twoją przyjaciółką? Kobieta, z którą codziennie rozmawiasz przez telefon, czy facet, z którym idziesz na wódkę? Bardzo ostrożnie używam słowa "przyjaciel".

Myślę jednak, że mam ogromne szczęście doświadczać męskiej przyjaźni i trwa ona już 35 lat. Nie siedzimy sobie na głowie, nie mamy potrzeby dzwonienia do siebie codziennie, ale wiemy, że mamy siebie nawzajem. Czasem każdy z nas okazuje się słaby, nie wie, co robić dalej. Wtedy wystarczy spotkanie, rozmowa. Wiemy o sobie bardzo dużo, przekopaliśmy razem niejeden rów życia. To taka szorstka, męska przyjaźń.

Umiesz wybaczać?

Mogę wybaczyć komuś, kogo dobrze znam, więc wiem, że tak naprawdę nie chciał mi zrobić krzywdy. Czasem pomiędzy mnie i tego kogoś wchodzą inni, starają się zniszczyć przyjaźń, uczucie. Im trudno mi wybaczyć. I choć nie zapomnę, potrafię podać rękę, nie unikam wzroku, mogę porozmawiać, tyle że już nie ma o czym.

Nie będę na siłę szukać kontaktu z tą osobą, ale też nie będę udawać, że jej nie znam. Wybaczanie oczyszcza, pomaga iść dalej.

Taka postawa wymaga dużo odwagi.

Może tak, może nie? To, co się dzieje złego w naszym życiu, jest lekcją. Warto się na niej uczyć. I choć wiem, że czas nie leczy ran, jedynie otwiera oczy, które z czasem znów stają się na wiele rzeczy i ludzi zamknięte, to czy należy się za to winić?

Czy za każdą nieuwagę na tej lekcji powinienem stanąć do kąta, powtarzać klasę? Owszem, zmieniałem swoje życie. Czy to oznacza, że jestem złym uczniem? Że nie odrabiałem lekcji, nie zaliczałem testów, wagarowałem?

Dziś, doświadczony życiem, wiem, jak trudno jest z nim walczyć. A jeszcze trudniej z uczuciami, które to życie nam serwuje. Czasem zastanawiam się, gdzie byłbym dzisiaj, gdyby wszystko mi się udało? Jakim byłbym teraz człowiekiem? Czy nieudana miłość uczy kolejnej, lepszej?

Czasem tak, czasem nie. Wydaje się nam, że mamy już tak wielkie doświadczenie, że nie popełnimy tego samego błędu... A potem życie robi ci psikusa i znów tracisz głowę, znów popełniasz te same błędy. I gdzie tu doświadczenie? Mój dziadek mawiał, że ono przychodzi z wiekiem i zazwyczaj jest to wieko trumny. Trochę za późno...

Trochę mnie przerażasz. Mam nadzieję, że jednak następnym razem nie popełnię tych samych błędów. Poza tym wydaje mi się, że związywanie się z osobą, która na przykład boryka się z problemem alkoholowym, co znasz z własnego życia, jest chyba wynikiem braku instynktu samozachowawczego.

Nie. Człowiek traci rozum z miłości i potem ze złości. Przede wszystkim trzeba sobie uzmysłowić, że nie pomożemy komuś, kto tej pomocy od nas nie chce. Tak jest z chorobą alkoholową, choć ta nazwa jest dla mnie niezrozumiała.

Choroba to coś niechcianego, coś, na co nie mamy wpływu. Rak jest chorobą, cukrzyca, białaczka jest chorobą, ale alkoholizm to uzależnienie, nałóg. Nikt nikogo nie zmusza do picia, nikt na siłę nie wbija igły z narkotykiem. Człowiek sam, świadomie, podejmuje decyzję o wejściu w nałóg.

Moim zdaniem uzależnienie nazywa się chorobą, żeby uzależnieni czuli się lepiej. Łatwiej myśleć o sobie, że jest się chorym, a nie uzależnionym. Alkoholizm dotyczy ogromnej liczby dorosłych Polaków.

No właśnie. Przecież człowiek nie sięga po kieliszek, mając 7 lat. Później już wie, co robi, zna skutki jego nadużywania, a mimo to nadużywa. A potem oczekuje naszej pomocy, choć my do tego nie przyłożyliśmy ręki! Co można zrobić? Mogę ci pomóc, ale ty musisz chcieć mojej pomocy.

Skoro nic nie zmieniasz w swoim życiu, to dlaczego ja mam wszystko zmienić w moim? W imię miłości, szacunku? Dlaczego oczekujesz ode mnie wyrozumiałości wobec picia? To ty masz z tym problem, nie oczekuj ode mnie, żeby ten problem stał się również moim.

Dziś, patrząc z perspektywy czasu, widzę, że nie mogłem pewnym osobom pomóc. Chciałem, starałem się, ale sam nie mogłem nic zrobić. Ta lekcja dała mi dużo życiowej mądrości. Nauczyłem się panować nad strachem, nabrałem odwagi, żeby się przyznać do porażki, odważyłem się odejść, aby ratować siebie. Czy to egoizm? Dla niektórych pewnie tak! Dla mnie to była granica. A stawianie granic to wielka odwaga.

Nauczyłeś się tej odwagi, odwagi, żeby żyć?

Tak, bo ja chcę żyć. A nie udawać, że żyję! Mój zawód to jedno wielkie udawanie. Udawanie kogoś, kim się nie jest! Moje życie jest prawdą. Człowieka nie kształtuje leżenie pod palmą, ale trud i porażka. To one nas hartują, a potem pomagają nam na nowo spełniać marzenia.

Kibicujesz szalonym marzeniom?

Jasne! Gdyby ktoś mi dzisiaj powiedział, że zamierza przejechać na hulajnodze cały świat albo chce pchać beczkę przez 30 kilometrów, to bym mu przyklasnął. Nawet jeśli to dziwne pomysły, to czemu nie? Zrób to – jeśli chcesz pchać tę beczkę, to pchaj!

Co w tej chwili jest dla ciebie najważniejsze?

Biorąc pod uwagę, ile mam lat, wiedząc, że mam przed sobą mniej niż więcej, zdaję sobie sprawę, że nie mogę planować na 20 czy 30 lat naprzód. Chciałbym jeszcze wielu rzeczy doświadczyć.

Chciałbym na końcu życia móc powiedzieć sobie, że bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale takie życie polecam każdemu. Chciałbym jeszcze zdążyć się tym życiem podzielić.

Przecież się dzielisz, działasz charytatywnie.

Tak, mam zaszczyt współpracować z UNICEF. Jestem człowiekiem czynu. Najchętniej złapałbym łopatę i z Sudańczykami wykopał głęboką studnię, wiele studni. A nie tylko o tym mówił czy się fotografował. Nie boję się brudu, kurzu i ciężkiej pracy.

Niestety Sudan Południowy jest zbyt niebezpieczny, dlatego na razie pomagam, uczestnicząc w różnych wydarzeniach w Polsce, zachęcam ludzi do pomagania. Wiem, że pieniądze, które wpłacamy na UNICEF, trafiają tam, gdzie potrzeba. Dolar zebrany w Polsce ma wartość kilku dolarów w Afryce.

Za 4 zł można zapewnić dziecku dzień edukacji! To niewiarygodne! I nikt z nas sam tego nie zrobi, do tego potrzeba globalnej, zaufanej organizacji, która znajdzie te potrzebujące dzieci i zapewni im to, czego potrzebują. Mam do nich zaufanie. I dopóki mogę pomóc, będę pomagać.

Więcej o autorze:
Dr Agnieszka Podolecka
Wyślij wiadomość

Dr Agnieszka Podolecka urodziła się w Sri Lance i od najmłodszych lat interesowała się innymi kulturami. Jest orientalistką i afrykanistką. Pracę doktorską napisała na temat szamanizmu południowoafrykańskiego i jego oddziaływania na New Age. Prowadzi badania w RPA, Lesotho. Namibii, Botswanie, Zambii i Zimbabwe. Jest autorką artykułów naukowych i dwóch powieści: "Za głosem sangomy" i "Żar Sahelu"

Zobacz więcej artykułów tego eksperta
Wczytaj więcej
Polub
Dołącz do nas na Facebooku:
Dołącz do naszego Newslettera i odbierz prezent:
Budujemy Dom
Nasze magazyny