Jesteś terapeutą?

Jak poradzić sobie ze zdradą? Strata może być początkiem zakochania się w życiu...

Tylko my sami możemy odpowiedzieć na pytanie „czego pragnę” i podarować sobie szczęśliwe życie i dobrą przyszłość.

Artykuł na: 29-37 minut psychika psychologia
Zdrowe zakupy

Agnieszka Podolecka: Doświadczamy różnego rodzaju strat. Stratą jest śmierć kogoś bliskiego, rozwód, utrata pracy. Stratą jest też izolacja spowodowana pandemią COVID-19, bo w jej następstwie zostały ograniczone wszelkie relacje towarzyskie.

Ewa Foley: Wiadomo, że strata jest integralną częścią życia, nie da się jej uniknąć, tak jak nie da się uniknąć śmierci. W ostatnich miesiącach COVID-19 jest jednym z głównych tematów rozmów, zacznijmy więc od emocji, jakie wywołuje. Wszyscy coś straciliśmy z powodu pandemii: poczucie bezpieczeństwa, znany styl życia, źródło dochodów, ważne relacje, a czasami wręcz bliskiego członka rodziny, stare przyzwyczajenia. Miejsce tego wszystkiego zajęła niepewność. Jak sobie z nią poradzić?

Często słyszę to pytanie. Dla większości ludzi kwarantanna i izolacja były trudnym doświadczeniem, przekleństwem, ale dla wielu osób okazały się absolutnym błogosławieństwem. Globalnie przeżyliśmy rodzaj żałoby, aczkolwiek wszystkie jej fazy, których przejście zajmuje zwykle od roku do dwóch lat, kumulowały się w przypadku wielu ludzi w cyklu dobowym.

W ciągu zaledwie 24 godzin najpierw udawali oni, że nic im nie grozi (faza wypierania), potem nagle przeżywali złość, która zamieniała się w depresję, następnie występowała potrzeba negocjacji z rzeczywistością, po czym pojawiało się zrozumienie i akceptacja, a po nich znowu nagła złość. W zależności od grupy wiekowej reakcje na zmianę znanego stylu życia były bardzo różne.

Mam 68 lat – dla mnie izolacja nie była czymś przerażającym. Po prostu musiałam się szybko i sprawnie dostosować do ZMIANY. Nie mogłam po pięknej podróży, jaką odbyłam z mężem po Ameryce Południowej, wrócić do Polski wtedy, kiedy chciałam, czyli na Wielkanoc.

No to zostałam w naszym amerykańskim domu, w Kolorado, o kilka miesięcy dłużej. Rozmawiałam ostatnio z mężem i doszliśmy do wniosku, że starość jest w prządku, wcale nie jest taka zła: nie musimy już przejmować się szkołą dzieci ani znosić buntu nastolatków czy martwić o pracę i zarabianie pieniędzy. To wszystko jest już za nami. Ale chcę powiedzieć, że bardzo współczuję pokoleniu młodych rodziców.

Musieli przecież pracować z domu, organizować lekcje online swoich dzieci, radzić sobie z frustracją nastolatków, których emocje sięgały szczytu. Myślę, że starszym ludziom może być łatwej zaadaptować się do zmiany stylu życia. Mnie było łatwo. Mąż też nie narzekał, że ma gotującą pyszne obiady żonę na pełny etat w domu (śmiech).

Jednak starsi ludzie w większości deklarują, że czuli się strasznie, chociażby dlatego, że brakowało im kontaktu z wnukami. Jest takie powiedzenie, że nie przesadza się starych drzew, że starsi ludzie nie lubią zmian. Jak zatem mają odkryć radość z bycia starszym człowiekiem w zupełnie nowych warunkach?

Dobre pytanie. Jak w ogóle odkryć radość życia, w dowolnym wieku? Moim zdaniem to nie jest zależne od wieku! Nie lubię dawać rad, ale chętnie się dzielę własnym doświadczeniem i tym, w co wierzę. Wierzę, że wszystko zależy od naszego nastawienia do życia i poziomu świadomości. Na wiele spraw nie mamy wpływu: na pandemię, pogodę, na to, jak zachowują się inni ludzie, na ich opinię na nasz temat. Realny wpływ mamy jedynie na słowa, które wypowiadamy do siebie w głowie. Prosty przykład: dzisiaj chciałam spędzić dzień w ogrodzie, ale leje deszcz.

Wierzę, że wszystko zależy od naszego nastawienia do życia i poziomu świadomości.

Wczoraj chciałam zobaczyć się z przyjaciółką, ale ona miała inne plany. Przedwczoraj chciałam iść do kina, ale było ono zamknięte. W zeszłym miesiącu chciałam lecieć do Polski, ale odwołali lot... No i co? Mam być nieszczęśliwa, że życie toczy się na swoich warunkach i nie na wszystko mogę wpływać? Mam taką mantrę od kilkunastu lat: "Żyję na warunkach życia, a nie na moich warunkach". To zapewnia mi zdrowie psychiczne. Polecam takie podejście do życia nie tylko osobom starszym, ale każdemu.

Nie możemy zmienić świata wokół nas, ale możemy zmienić nasze nastawienie do niego.

Wierzę, że są dwa światy: zewnętrzny i wewnętrzny. Na wiele aspektów świata zewnętrznego nie mamy wpływu. Mamy wpływ na ten drugi i najważniejszy świat – wewnętrzny. Sami powinniśmy podjąć decyzję, co w otaczającej nas rzeczywistości akceptujemy, a co odrzucamy, jak reagować na to, co się dzieje wokół nas. Nastawienie wpływa na wybory, jakich dokonujemy, te zaś przekładają się na poczucie szczęścia. Stosunek do straty, do trudnych wydarzeń, powinien być własnym, suwerennym wyborem.

Polacy, w porównaniu z wieloma nacjami, często narzekają i nie dostrzegają jasnych stron życia. A przecież nawet strata dotychczasowego stylu życia może być zyskiem. Wiele osób w czasie izolacji zdobyło nowe umiejętności: nauczyło się medytować, zaczęło praktykować jogę, napisało książkę. Inni uporządkowali dom, przeczytali zaległą literaturę. Wiele osób doceniło przebywanie na łonie natury. Wiem, że mnóstwo starszych ludzi nauczyło się korzystać z komunikatorów internetowych, aby rozmawiać z dziećmi, wnukami i przyjaciółmi (tak jak mój 86-letni teść).

Jeszcze inni znaleźli nowe hobby, z którego mają wiele radości i satysfakcji. Starość i śmierć są naturalnymi etapami życia. Warto przestać walczyć z życiem i zacząć cieszyć się z tego, co posiadamy, z tego, kim jesteśmy.

Jak można nauczyć się cieszyć życiem?

Mnie pomagają proste metody, które polecam innym, np. medytacja oraz praktyki świadomego pełnego oddychania. Warto pielęgnować w sobie postawę zadowolenia i wdzięczności, bo pomaga ona docenić to, co mamy, zrozumieć, że cokolwiek by się działo, jak źle byśmy się czuli, życie idzie do przodu. Warto powtarzać sobie w kółko, jak mantrę: "to minie, to minie, to minie – jutro będzie lepiej".

Wiem z doświadczenia, że jeśli nie targuję się z życiem, to czasem daje mi ono drugą szansę. Nauczyłam się, że wiele można powiedzieć o człowieku po tym, co on mówi o nas za naszymi plecami. Nauczyłam się, że im szybciej człowiek zaakceptuje, "przytuli" swój ból, lęk czy niepewność, tym szybciej trudne emocje staną się doradcą i sprzymierzeńcem.

Jeśli chcemy i możemy zmienić coś w świecie zewnętrznym, zróbmy to, ale jeśli się nie da, zmieńmy swój stosunek do ludzi i zdarzeń.

Życie jest nieprzewidywalne. Pół godziny przed naszą rozmową dostałam telefon z informacją o śmierci mojej wieloletniej dobrej znajomej. Takich telefonów w moim wieku odbiera się coraz więcej. Jest mi smutno, palę dla niej świeczkę i mimo żałoby nie odwołałam tego wywiadu. Bardzo siebie dyscyplinuję, by skupiać się na pozytywach, na tym, że lubiłyśmy się, i pamiętać o radosnych chwilach, które razem przeżyłyśmy. Wierzę w moc samodyscypliny, nie pozwalam sobie na bylejakość! Młody mężczyzna

Nie mamy wpływu na odchodzenie bliskich, ale mamy wpływ na nasze podejście do danej sytuacji.

Tak. Osobiście doświadczyłam w życiu ciężkich strat, ale mimo wszystko uważam się za szczęściarę. Od wczesnej młodości interesuję się filozofią. Kiedyś wpadł mi w ręce inspirujący zbiór duchowych pism, które odkrywają boską rzeczywistość wspólną dla wszystkich religii, przedstawiony przez Aldousa Huxleya w książce pt. "Filozofia wieczysta".

Niewiele zrozumiałam wtedy z tego monumentalnego dzieła, ale jedno zdanie bardzo mnie poruszyło i zostało we mnie na zawsze jako największe chyba życiowe "aha!": "Doświadczenie nie jest tym, co nam się przydarza, ale tym, jak reagujemy na to, co nam się przydarza". Jak to? – myślałam wtedy. Czy to znaczy, że to co się dzieje w moim życiu, nie jest w rzeczywistości moim doświadczeniem, że doświadczeniem jest moja reakcja, czyli odczucia i co mówię sobie na dany temat?

Kilka lat później, gdy byłam młodą mężatką, na warsztatach rozwojowych w Sydney usłyszałam zdanie: "Doświadczenie, które wydaje się przekleństwem, jest w istocie błogosławieństwem w przebraniu". Zaczęłam wtedy sklejać te dwie myśli i doszłam do wniosku, że być może moje małżeństwo z australijskim dyplomatą, które okazało się bardzo trudne, nie jest przekleństwem, ale szansą na odebranie lekcji, która przyda mi się w dalszym życiu.

Taki był początek mojego rozwoju duchowego, świadomego poszukiwania błogosławieństwa w każdym wydarzeniu. Dzisiaj wiem, że na wszystkie życiowe doświadczenia warto patrzeć jak na lekcję, z której można wyciągnąć mądrość.

Uczestnicy twoich warsztatów często nazywają cię „common sense teacher", nauczycielką zdrowego rozsądku.

Tak, to prawda, cieszy mnie to określenie. Zdrowy rozsądek nakazuje, aby dokonywać zmian w obszarach, na które mamy wpływ. Takim obszarem są nasze myśli i przekonania. Nie zmienimy ludzi – możemy jedynie zmienić nasz stosunek do nich. Każdy z nas musi się rozliczyć sam ze sobą, odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bez względu na to, co się dzieje, chce przekuć dane wydarzenie w coś pozytywnego.

Mam więc sugestię dla starszych ludzi, dla młodych zresztą też, aby zweryfikowali swoje nastawienie. Jeśli chcemy i możemy zmienić coś w świecie zewnętrznym, oczywiście zróbmy to, ale jeśli się nie da, zmieńmy swój stosunek do ludzi i zdarzeń. Bardzo podoba mi się amerykańskie określenie "attitude of gratitude", oznaczające postawę wdzięczności.

Nagrałam dla siebie medytację wdzięczności i gdy jest mi źle, słucham afirmacji – odszukuję wszystko, za co mogę być wdzięczna. Ta medytacja dobrze posłużyła tysiącom moich studentów – można ją ściągnąć z mojej strony internetowej. Zresztą w internecie jest mnóstwo medytacji, które pomagają zmienić nastawienie do siebie i życia. Wystarczy tylko chcieć.

To bardzo ważne słowa, bo wypowiada je ktoś, kto doświadczył największej życiowej straty. Chyba nie ma gorszej tragedii niż śmierć dziecka. Twój syn, Maciek, zginął tragicznie w wypadku motocyklowym, gdy miał 27 lat. Jak można sobie poradzić z taką tragedią? Jak udaje ci się zachować optymizm w życiu?

To dla mnie trudny fragment naszej rozmowy o stracie. Codziennie myślę o Maćku, nie ma dnia, żebym nie tęskniła do mojego dziecka... Od jego nagłej śmierci minęło 15 lat. Szczerze? Nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że sobie poradziłam... Tęsknota za zmarłym dzieckiem nie przechodzi nigdy, a cały mój matczyny instynkt pcha mnie w stronę Maćka, czyli w stronę śmierci. Zostanie przy życiu i odnajdowanie radości w codzienności wymaga ode mnie gigantycznego wysiłku, samodyscypliny, pilnowania jakości moich myśli i skupiania się na wdzięczności za aż 27 lat bycia razem, aby nie użalać się nad sobą i nie wpaść w rozgoryczenie, że tego czasu było za mało, że tylko 27 lat... Myśl, że „poradziłam sobie", jest rodzajem iluzji, która bywa czasem prawdziwa... taki paradoks.

Wiodę dobre i szczęśliwe życie, ale są dni, kiedy chce mi się jedynie płakać. Wtedy obejmuję czule mój smutek i... płaczę. Najbardziej pomógł mi mój syn podczas swojego pogrzebu. To było 1 kwietnia, prima aprilis. Maciek był dowcipnisiem, uwielbiał wkręcać i rozbawiać ludzi, przynosić im śmiech. Przyjaciele Maćka mówili, że razem z nim do pokoju wchodziło światło i radość życia. Stojąc nad jego grobem, zwróciłam się do syna w myślach: "Wiesz co, byłam dla ciebie dobrą matką, opiekowałam się tobą, a teraz ja potrzebuję twojej pomocy. Pomóż mi, proszę".

Im szybciej człowiek zaakceptuje swój ból, lęk czy niepewność, tym szybciej trudne emocje staną się doradcą i sprzymierzeńcem.

Modliłam się o pomoc. I przyszła odpowiedź na moją modlitwę, baaardzo w jego stylu. Mała dygresja: Maciek urodził się w Polsce, ale od małego dziecka dorastał w Australii. Mówił dobrze po polsku i jak to bywa u dwujęzycznych osób, używał często nieświadomie obu języków na zmianę. Powiedział mi – w mojej głowie, ale miałam wrażenie, że stoi tuż obok – tak, jak mówił za życia: „Mama, all is well. Moja śmierć nie ma z tobą nic wspólnego. To było moje życie. It was my time. Mamuś, don’t take it personally”. Powiedział mi, żebym nie brała jego śmierci osobiście, do siebie, że to nie moja sprawa, tylko jego.

I ja mojemu dziecku uwierzyłam, zaufałam mu. Wybrał mnie na matkę, spędziliśmy razem pięknych 27 lat, delektując się relacją matka-syn. Jego odejście było decyzją jego duszy. Zrozumiałam w ułamku sekundy, że to był jego czas. Mogę tylko z miłości do niego tę decyzję zaakceptować. Nie mogłam go ocalić, nie mogłam nic zmienić. Podziękowałam mu wtedy za bycie moim synem, za życie razem. I tu warto zwrócić uwagę na moc słów. Ja mu podziękowałam, że był ze mną AŻ 27 lat, a nie TYLKO tyle. Nie narzekałam, że mieliśmy za mało czasu.

To jedno małe słowo "aż" zmieniło wszystko. Aż 27 lat szczęścia. Poczułam wyraźnie, jak wlewa się we mnie jakieś światło. Dzięki takiemu podejściu i świadomości, że nie mogłam ocalić jego życia, łatwiej było mi zrozumieć całą sytuację. I wtedy powiedziałam: "Synku, skoro to był twój czas na przejście do ŚWIATŁA, to w takim razie ja obiecuję ci, że będę szczęśliwa do końca moich dni, aby uhonorować twoje ŻYCIE".

I Maciek uśmiechnął się, poczułam jego uśmiech i usłyszałam słowa: "Trzymam cię, matka, za słowo". I tyle – staram się wypełniać daną mu obietnicę każdego dnia. To mnie trzyma przy zdrowych zmysłach i motywuje do godnego życia. Przecież obiecałam.

Myślę, że to, co powiedziałaś, można też odnieść do śmierci rodziców. Gdy nachodzi nas fala rozpaczy i tęsknoty, trzeba wziąć myśli w karby i podziękować za te lata, kiedy rodzice byli z nami. Skupić się na tym, aby być szczęśliwym, bo przecież oni tego by chcieli. Śmierć rodziców, w przeciwieństwie do śmierci dziecka, jest czymś naturalnym i powinniśmy umieć ją zaakceptować jako integralną część życia.

W pewnym sensie jesteśmy na nią przygotowani, bo jest nieunikniona. Choć często uważamy, że śmierć rodziców przyszła za wcześnie, to jednak wiemy, że kiedyś przyjdzie ten dzień, gdy wezmą ostatni oddech. Pamiętam rozmowy o mojej śmierci z Maćkiem, mówiłam mu, że chcę być skremowana i proszę, aby moje prochy rozsypał na mojej ukochanej łące. Oboje byliśmy przekonani, że umrę pierwsza, to wydawało się przecież oczywiste. Często na warsztatach spotykam się z ludźmi, którzy opiekują się starszymi rodzicami i wtedy mówię im coś, co może się wydać paradoksalne, ale w końcu życie jest jednym wielkim paradoksem.

Mówię im: "Przygotuj się na śmierć rodziców, wyobraź sobie ten moment”. Pomyślmy o tym, jak to będzie, przygotujmy swoją psychikę na to, co się nieuchronnie wydarzy. Warto wyobrazić sobie ten telefon ze szpitala, mówiący, że mamy czy taty już nie ma, albo moment, gdy trzymamy rodzica za rękę i zbliża się chwila jego odejścia.

Oczywiście żadnemu rodzicowi nie doradzam wyobrażania sobie śmierci dziecka, to jest strata niewyobrażalna i nasze myśli w ogóle nie powinny wędrować w takie rejony. Ale na śmierć rodziców warto się przygotować. Łatwiej jest potem żyć już bez nich.

Czy da się oswoić rozwód? Psycholodzy twierdzą, że po śmierci bliskich rozwód jest najbardziej traumatycznym przeżyciem i największą stratą. Nie chodzi o rozstanie z partnerem, którego mamy dość, tylko o sytuację, gdy jedna osoba ciągle kocha, ale zostaje zdradzona, mąż czy żona odchodzi do nowego partnera.

Takich rzeczy nie powinniśmy sobie wyobrażać, powinniśmy raczej skupiać się na samych pozytywach, bo pozytywne myśli wspierają nasz związek. Ale gdy nadchodzi koniec relacji, zwłaszcza wbrew naszej woli, też trzeba zmobilizować się do pozytywnego myślenia. Dla mnie podczas rozwodu bardzo ważne było zachowanie godności osobistej.

Wyobraź sobie taką sytuację z mojego życia. Rzecz dzieje się bardzo dawno temu, lata 80., w stolicy Australii, w Canberze. Jestem młodą mężatką i matką 4-letniego synka. Pewnego popołudnia do drzwi naszego domu ktoś puka, a gdy je otwieram, stojąca przede mną kobieta mówi: "Jestem Susan, przyszłam cię poznać, bo jesteś żoną mojego kochanka". Oniemiałam! Po chwili odzyskałam głos i zaprosiłam ją do środka. Gdy mąż wrócił do domu z pracy, zastał na kanapie żonę i... kochankę.

I wtedy powiedział coś tak głupiego, że odkochałam się w nim w trybie ekspresowym: "Ewa, ja cię bardzo kocham, ale kocham też Susan, więc może będziemy żyć razem?" Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam: mój mąż proponował mi trójkąt! Kilka dni później mieliśmy zaplanowane pakowanie domu, bo właśnie czekała nas przeprowadzka do Paryża na 4-letnią placówkę. Pokusa zamienienia jego życia w piekło, spowodowania ostracyzmu towarzyskiego, oskubania go do ostatniego centa, przyznaję – była ogromna. To był moment podjęcia decyzji. Moją decyzją było zachowanie się z godnością.

Eksmąż mówił Susan przez wiele miesięcy ich romansu, że nie chce się rozwieść, bo mimo że ją kocha, to kocha też swoją żonę. A ponieważ ona chciała go na wyłączność, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, upokorzyć mnie, złamać i doprowadzić do tego, że to nie ja, ale ona pojedzie z nim do Francji! Tak się zresztą stało, bo ja postanowiłam nigdzie nie jechać w tym radosnym trójkącie i zacząć samodzielne życie jako samotna matka. Moim zdaniem to kobiety najbardziej zdradzają inne kobiety. Drogowskazy

Bliska jest mi ideologia rdzennych narodów Ameryki Północnej, która mówi, że my, kobiety, jesteśmy siostrami duchowymi i jedna kobieta nie powinna krzywdzić drugiej. Gdy przyjmiemy taki sposób myślenia, nie będziemy krzywdzić innych i siebie. Ja nigdy w życiu nie wdałabym się w romans z żonatym mężczyzną, bo podjęłam świadomą decyzję wiele lat temu, że nie zdradzę innej kobiety.

Dzięki okrucieństwu Susan odkryłam jednak, że w ogóle nie znałam mojego męża, że był kłamcą, zdrajcą i krętaczem. Pozytywne nastawienie do życia pomogło mi wyjść z tego małżeństwa z klasą. Moja strata stała się jednocześnie zyskiem, bo podjęcie decyzji o samodzielnym życiu było aktem odwagi i wyzwoliło we mnie determinację, aby żyć jak najlepiej dla mojego syna i dla siebie. To był mój wielki sukces.

Dla wielu kobiet decyzja o rozwodzie i samodzielnym macierzyństwie jest aktem odwagi i początkiem szczęśliwszego życia. Zawsze należy się zastanowić, czy odejście będzie dla nas lepsze. Tylko szczęśliwa matka może wychować szczęśliwe dziecko.

Szukanie pozytywów pomaga pokonać poczucie straty i odnaleźć prawdziwe szczęście.

Tak lubię myśleć. Gdyby mój eksmąż mnie nie zdradził, nie poznałabym mojego obecnego męża, pięknego mężczyzny z piękną duszą. I nie wydarzyłoby się mnóstwo wspaniałych rzeczy w moim życiu. Jestem więc wdzięczna za tamtą zdradę i porzucenie, dzięki temu doświadczeniu w młodości jestem dzisiaj, na starość, w pełni szczęśliwa.

Chciałabym poruszyć temat dzieci, którymi z powodu wyjazdu ich rodziców do pracy za granicę opiekują się krewni. Mimo że rodzice robią to dla poprawienia sytuacji materialnej rodziny, dzieci mają pełne prawo czuć się porzucone i odczuwać stratę.

Bardzo łatwo sobie wyobrazić, co te dzieci czują. Nieobecność rodzica w życiu dziecka jest trudna. Sama jej doświadczyłam. Wprawdzie moi rodzice nigdzie nie wyjechali, ale oboje ciężko pracowali. Ojca właściwie nigdy nie było w domu, ale nawet jeśli był, to i tak sprawiał wrażenie nieobecnego duchem. Mama ratowała sytuację jak mogła...

Organizowała nam wiele zajęć pozaszkolnych, uparła się, żebyśmy uczyły się języków obcych. Dzięki temu władam kilkoma językami. Ale wtedy, w dzieciństwie, czułam się odrzucona i porzucona, sama zajmowałam się sobą, dużo czytałam i pisałam pamiętniki. Zaraz po maturze postanowiłam wyjechać do Anglii jako opiekunka do dzieci i zaczęłam tworzyć swój własny świat.

To wczesne odejście od rodziny było dobrym wyborem. Potem, już jako osoba dorosła, przeszłam wieloletnią psychoterapię i dzisiaj jestem sobie wdzięczna, że się na nią zdecydowałam. A wracając do rozstań z dziećmi z powodu pracy za granicą. Rodzice zawsze powinni się zastanowić, czy nie mogliby zabrać dziecka ze sobą, czy wyjazd jest konieczny.

Niezależnie od wszystkiego warto również uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: "Czy spędzam z moimi dziećmi wystarczająco dużo czasu, czy ich słucham, czy daję im szansę na szczerą rozmowę?", bo bez tego nie da się stworzyć kochającej, wspierającej się rodziny. Na poziomie intelektualnym dzieci rozumieją, że mama musi opiekować się staruszką w Niemczech, bo dzięki temu będą pieniądze na wakacje, ale na poziomie emocjonalnym odczuwają one ogromną stratę i mają poczucie porzucenia.

Jeśli rozstanie jest jednak nieuniknione, warto zapewnić dzieciom pomoc psychologiczną, ponieważ dziecko, które ma poczucie porzucenia, ma też głęboko zakorzenione przeświadczenie, że jest niewiele warte. To zaś prowadzi do wchodzenia w toksyczne relacje, wybierania nieodpowiedniej drogi w życiu, poczucia, że świat i ludzie nas nie zauważają. Trudno w takiej sytuacji robić karierę, stworzyć własną kochającą rodzinę, mieć wielkie marzenia.

W pełnych rodzinach dzieci też mogą być nieszczęśliwe. Częsty schemat: córeczka tatusia i synek mamusi, jest przecież rodzajem odrzucenia. Córeczka tatusia nie czuje miłości matki i zazdrości bratu łączącej go z mamą relacji. Ma poczucie straty, podobnie jak syn, który widzi, ile czasu i uwagi ojciec poświęca córce.

Często tak bywa... Wszystkie dzieci powinny otrzymywać tyle samo miłości i uwagi od obojga rodziców. Niestety opisaną przez ciebie sytuację rodzice uważają za naturalną, często są to zupełnie nieświadome relacje rodzinne. Uważam, że każdy, kto doświadczył odrzucenia w rodzinie, powinien jednak znaleźć w sobie odwagę, aby zajrzeć w siebie, uczciwie ocenić swoją rodzinę i własne w niej miejsce, wyrazić na głos swoje niezaspokojone potrzeby i odnaleźć sposób na ich zaspokojenie – bez oczekiwania akceptacji i miłości ze strony rodziców, bo oni nie muszą odczuwać potrzeby, by zmienić swój stosunek do dzieci.

Ważne, aby zrobić to samodzielnie, we własnej głowie, najlepiej oczywiście przy wsparciu terapeuty. Tylko my sami możemy odpowiedzieć na pytanie "czego pragnę" i podarować sobie szczęśliwe życie i dobrą przyszłość.

W psychologii istnieje również pojęcie utraty siebie. Dochodzi do niej, gdy rezygnujemy z marzeń, poddajemy się presji toksycznych rodziców albo partnerów, zapominamy o swoich potrzebach. Wiele kobiet w młodości ma wielkie marzenia, a potem wychodzi za mąż i podporządkowuje się mężowi. Rezygnują z siebie, aby wspierać karierę męża, wychować dzieci. Wiele z nich budzi się po czteredziestce, gdy dzieci są odchowane. Chcą wtedy wrócić do dawnych siebie, ale mężom wcale się to nie podoba. I kończy się rozwodem.

Bardzo ważne jest zachowanie wierności sobie, nieuleganie stereotypom. Dzięki temu, wychowując nawet gromadkę dzieci, możemy zachować godność i poczucie spełnienia. Przede wszystkim jednak proponuję trzymać się zasady, której uczę od 30 lat: "Koniec z NPK!", czyli koniec z narzekaniem, plotkowaniem i krytykowaniem. Słowa mają wielką moc.

Jeżeli wybieramy jakiś model życia, to powinniśmy to robić świadomie, a nie dlatego, że ktoś nam tak każe. I kiedy już go wybierzemy, powinniśmy szukać w nim najjaśniejszych stron. Jeśli jednk to się nie udaje, warto wybrać inną ścieżkę w życiu. W każdym razie zamiast marudzić, trzeba podjąć świadomą decyzję: chcę być szczęśliwa, i robić wszystko, co możliwe, aby wcielić ją w życie. Gdy narzekanie jest naszym nawykiem (trzeba przyjrzeć się sobie i uczciwie do niego przyznać), warto zrobić plakat z napisem: "Jestem szczęśliwa, nie narzekam, realizuję się w życiu", albo rozwiesić w domu karteczki, które będą przypominały o tym postanowieniu.

Potem trzeba siebie obserwować i słuchać. Można nagrać kilka rozmów telefonicznych, prześledzić swoje wpisy w mediach społecznościowych i zobaczyć, ile miejsca w każdym z nich zajmuje narzekanie, plotkowanie, hejtowanie i krytykowanie. Warto założyć sobie specjalny "dziennik wdzięczności", by każdego ranka i wieczora zapisywać, za co jesteśmy wdzięczni, co cenimy w życiu, za co cenimy siebie i innych.

Powtarzanie pozytywnych stwierdzeń zwanych afirmacjami również poprawia samopoczucie, ponieważ pozytywne myśli kodują się w naszej podświadomości i wypierają negatywne. Gdy będziemy mniej narzekać, ludzie wokół nas też staną się pogodniejsi i będą dla nas milsi. To oczywiście poprawi relacje z nimi i zdopinguje do dalszej pracy nad sobą. Wszyscy na tym zyskają. Zatem wybierajmy słowa świadomie, zarówno te, które wypowiadamy na głos, jak i te, które kierujemy tylko do siebie.

Ewa Foley
Ewa Foley
Jest promotorką pozytywnego życia, charyzmatycznym trenerem i doradcą rozwoju osobistego, autorką książek znanych jako trylogia życia: "Zakochaj się w życiu! Podręcznik małych i dużych kroków dla poszukującej duszy", "Bądź aniołem swojego życia!" oraz "Powiedz życiu tak! Poradnik dobrostanu”. Jest także autorką, narratorką i wydawcą popularnych programów audio o charakterze relaksacyjno-motywacyjno-edukacyjnym, wydawanych na płytach CD, ułatwiających samopomoc w wielu dziedzinach życia. W Australii, gdzie mieszkała przez kilkanaście lat, skończyła studia w zakresie medycyny holistycznej. www.ewafoley.pl
Autor publikacji:
Dr Agnieszka Podolecka
agnieszka.podolecka@ktociewyleczy.pl

Dr Agnieszka Podolecka urodziła się w Sri Lance i od najmłodszych lat interesowała się innymi kulturami. Jest orientalistką i afrykanistką. Pracę doktorską napisała na temat szamanizmu południowoafrykańskiego i jego oddziaływania na New Age. Prowadzi badania w RPA, Lesotho. Namibii, Botswanie, Zambii i Zimbabwe. Jest autorką artykułów naukowych i dwóch powieści: "Za głosem sangomy" i "Żar Sahelu"

Zobacz więcej artykułów tego eksperta
Holistic Health 5/2020
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W:
Holistic Health 5/2020
KUP wydanie papierowe KUP wydanie ELEKTRONICZNE
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W
Holistic Health 5/2020
Holistic Health
Kup teraz
Wczytaj więcej
Zapisz się i odbierz wybrany magazyn gratis!
Zapisz się i odbierz prezent
Nasze magazyny