Jesteś terapeutą?

Ta podróż przywróciła mi uśmiech - wywiad z Małgorzatą Kalicińską

Życie nabiera barw po pięćdziesiątce? Jej na pewno nabrało! Wtedy zadebiutowała literacko i... odniosła sukces, o jakim nie śniła. Pisząc „Dom nad rozlewiskiem”, chciała tylko otrzeć łzy po stracie pensjonatu na Mazurach i rozstaniu z mężem. 

Artykuł na: 23-28 minut psychologia

Zyskała nie tylko nową siłę, ale i rzesze czytelników. Kolejne części sagi tworzyła, będąc już znaną i kochaną pisarką. Ale wciąż samotną kobietą... I wtedy na jej drodze stanął Siwy – inżynier pracujący w Korei Południowej. Z miłości do niego spakowała walizki... Kiedy po latach wrócili do Polski, napisali razem „Dom w Ulsan”, przewodnik po „krainie uśmiechu”, w której zbudowali swoje szczęście. Dzisiaj Małgorzata Kalicińska wraca do tego miejsca sentymentalnie...

Ewa Anna Baryłkiewicz: Piękna miłość połączyła panią z Siwym. Aż trudno uwierzyć, że zaczęła się w Internecie.

Małgorzata Kalicińska: ...w największym parku świata. W dodatku przez przypadek. Zrobiłam błąd językowy, on mi go wytknął, no i tak od słowa do słowa... Nie jest to standard, ludzie w naszym wieku raczej nie nawiązują znajomości w sieci.

Ale to był portal dla pięknoduchów, nie randkowy. Między nami nie było mięty ani żadnej miłosnej intencji. Choć oboje marzyliśmy, by kogoś spotkać, nie szukaliśmy na siłę. Siwy, bo tak podpisywał się wtedy mój Pan Inżynier, po prostu spytał: "Pogadałabyś ze mną? Jak człowiek z człowiekiem? Czuję się samotny, jestem tak daleko...", i tym mnie ujął.

"Jasne!", odpowiedziałam. Nie wiedziałam, jak się nazywa ani gdzie mieszka. Czułam, że potrzebuje "terapii", bo stoi na zakręcie, a że i ja chciałam się komuś wygadać...

A on wiedział, kim pani jest? Że TĄ Kalicińską od "rozlewiska"?

Po jakimś czasie przyznałam się, kim jestem. Ale od razu zaznaczyłam, że on – jako inżynier budowy okrętów (wtedy już mi zdradził, co robi w Ulsan), nie będzie pewnie zainteresowany taką literaturą. Myliłam się. Kiedy przyjechał do Polski na urlop, pobiegł do księgarni.

Przeczytał moje książki i przyznał się, że kilka razy łza mu spłynęła... Ale gdy zaproponował spotkanie, trochę się spłoszyłam. (śmiech) Nie, nie dlatego, że się go bałam. Oczywiście koleżanki mnie przestrzegały: "Uważaj! Może to oszust? Albo podrywacz?". "Jasne. I przez tyle czasu by się ukrywał?!", kwitowałam. Bo pisaliśmy do siebie codziennie. O relacjach damsko-męskich, o rodzicach, dzieciach, pracy, filmie, książkach.

O życiu... Wie pani, że mamy z tego czasu ponad półtora tysiąca mejli? I żadne nie stroiło się w piórka. Miał klasę, styl. I nie stosował tanich sztuczek. To mi się podobało. Spotkaliśmy się i... nie mogliśmy się rozstać. A że miał dwa tygodnie urlopu w Polsce...

...domyślam się, że spędziliście go razem. Ale co później? Pojawia się ten jedyny, ideał...

(wzdychając) Fajny facet... naprawdę kochany. A do tego bardzo, bardzo porządny człowiek.

 Pisaliśmy do siebie codziennie... Mamy z tego czasu ponad półtora tysiąca mejli.

...i mówi, że za kilkanaście dni wyjeżdża. Do innego kraju, na inny kontynent. Dramat?

Ależ skąd! Byłam już wtedy całkowicie wolną osobą. A książki można pisać wszędzie, nawet w poczekalni u dentysty. Gdy z powątpiewaniem zapytał: "To co? Przyjechałabyś do mnie?", odpowiedziałam: „Oczywiście. A co to za problem?”.

I zaczęliśmy organizować mój wyjazd. Jak to później opisałam w „Mariannie na walizkach”, gdzie jest dużo z naszego romansu, poleciałam do niego z niepewną świadomością, bo przecież mogło się nam nie udać. On, wyczuwając moje lęki, od razu mnie uprzedził: "Słuchaj, zawsze możemy przebukować bilet. Jeśli cię zawiodę, wrócisz do Polski wcześniej". Przesiedziałam z nim trzy miesiące – tyle, ile ważna jest wiza.

Przyleciałam do kraju, aby ogarnąć sprawy w domu i wydawnictwie, i... znów do Korei. Miałam już rozgrzebaną książkę, wystarczyło przysiąść i ją dokończyć. Udało się! I skończyłam pisać "Zwyczajnego faceta", i sprawdziliśmy się z Siwym w roli partnerów.

Czyli pracowała pani nad dwoma zwyczajnymi facetami naraz?

Hm... na to wychodzi! (uśmiech) Pojechałam z pełną świadomością, że będę mu prowadzić dom, ponieważ to lubię, nawet bardzo. No i po to, by odkryć tę odległą, nieprawdopodobnie dziwną krainę.

Hm... na to wychodzi! (uśmiech) Pojechałam z pełną świadomością, że będę mu prowadzić dom, ponieważ to lubię, nawet bardzo. No i po to, by odkryć tę odległą, nieprawdopodobnie dziwną krainę.

A w życiu! To nawet nie było w sferze moich marzeń! Ale przecież, jak mawia Siwy: „nieważne gdzie, ważne z kim”. Do południa byłam zajęta domem, trzeba było pójść na zakupy, zrobić obiad. Pan Inżynier wracał ze stoczni o dwunastej, bo miał godzinę na lunch, a do domu było blisko. I z taką frajdą przychodził!

Co prawda jest ogarnięty i potrafił ugotować sobie to i tamto, ale fajniej przyjechać na gotowe, zwłaszcza gdy ktoś na nas czeka. "W życiu bym nie pomyślał o takich potrawach, jakie ty gotujesz. Ja robiłem proste dania: jajecznica, ziemniaczki, gulasz. Ale gołąbki?! Kobieto!", śmiał się. Cóż, wyszłam na zakupy, zobaczyłam, że mogę zmielić w sklepie mięso, znalazłam białą kapuchę, pomidorów mają dużo...

"Jestem w domu, tu wszystko jest", cieszyłam się. A przy okazji, chodząc na zakupy, rozglądałam się po ulicach Ulsan i strasznie dużo notowałam w głowie. Kapitalne jest takie zwiedzanie świata!

Co panią najbardziej zaskoczyło po przyjeździe? Pani pierwsza myśl...

"Nie dam rady nauczyć się tego języka!", niestety. Po angielsku mówię słabo, ale radzę sobie, a Koreańczycy znają raptem kilka słów. Myślałam nawet, czy nie zapisać się na koreański, ale... odkryłam, że jestem w stanie się dogadać.

Sklepy są samoobsługowe, a jeśli czegoś nie mogę znaleźć, mam ręce i uśmiech. Jak człowiek pokona strach czy ograniczenia, które go blokują, taka siła w niego wstępuje! A w Korei uśmiech rozwiązuje każdy problem! I to mnie urzekło: ich niezwykła uprzejmość. I ten piękny ukłon... (pani Małgosia demonstruje)

Ładny. Choć trochę teatralny.

Ale jaki godny! Niektórzy długonosi, tak tu nazywają Europejczyków, boją się, że im od niego pęknie kręgosłup. A my kłanialiśmy się, mówiliśmy "anaseyo" i "hamsamnida": dzień dobry i do widzenia.

Wtopiliśmy się w tę kulturę bardzo naturalnie. Do tego stopnia, że po powrocie do Polski – jak wariaci! – w sklepach zaczęliśmy się kłaniać po koreańsku. (śmiech) Tak nam to weszło w krew! Koreańczycy szanują się nawzajem. I tego moglibyśmy się od nich uczyć.

Czego jeszcze?

Uczciwości! Podam przykład. Ponieważ są tam problemy z papierem, za przejazd autobusem płaci się telefonem albo u kierowcy. No więc płacę, dostaję resztę, ale biletu już nie. "No i co teraz? A jak przyjdzie kanar?", przestraszyłam się. Otóż tam ich nie ma, skoro nikt nie oszukuje. Inna historia: wybraliśmy się kiedyś na targ rybny Jagalchi Market. Tam są stoiska z towarem i mnóstwo knajpek.

Była godzina obiadowa, czułam się już głodna, a wszędzie pachniało smażoną rybką... Siwy mówi: "Może tu zjemy?". Zajrzałam i aż się cofnęłam: narodu od groma, na stołach i na podłodze stosy skorup i łusek. "Tutaj? Za dużo ludzi!", a on w śmiech: "Właśnie dlatego!".

I otworzył mi oczy! Nigdy tak nie myślałam – że jak jest dużo ludzi, to znaczy, że dobrze tu karmią. Czekamy na jedzenie, więc rozglądam się po sali. Część płaci kartą, część gotówką.

Ale gdzie jest kasa? I tu wracam do uczciwości: kasa jest pod stolikiem, gdzie siedzą klienci, w... dużym garnku! Kelner wysuwa go, wrzuca pieniądze, wyciąga resztę, wsuwa garnek pod stół i dalej leci z interesem. To było szokujące...

Fakt! I z takich historii, przesiąkniętych lokalnym kolorytem, składa się książka „Dom w Ulsan”, którą napisaliście na dwa głosy. Bo odkryliście, że jesteście jak yin i yang...

...uzupełniamy się nawzajem, tak. To jest chyba największy plus wspólnego oglądania świata: możemy spojrzeć na jakiś obraz czyimiś oczami i... zobaczyć w nim coś, co przeoczyliśmy albo czego sami nigdy byśmy nie dostrzegli.

Kiedy szliśmy mostem, Włodek, jak to inżynier, zwracał uwagę na jego konstrukcję, architekturę, a ja patrzyłam w tym czasie na Koreankę z kołderką na plecach, w której one noszą dzieci. Ja opisywałam Koreę emocjonalnie, literacko. On po męsku, bardziej rzeczowo.

Do niego należą rozdziały o stoczni, pracy, zwyczajach. A moje są te „kalicińskie”, np. o hansiku, czyli kuchni. Bo ja mam w sobie kulinarnego eksploratora.

No tak... "Matka karmiąca" – tak kiedyś nazwał panią Michał Wiśniewski z Ich Troje, z którym tworzyła pani w telewizji program "Opowiedz nam swoją historię".

(śmiech) I to akurat się nie zmieniło! Jak mówiłam, lubię gotować. Ale żeby nie było, że cały czas mieszałam w garnkach! Nie, często kupowałam mrożonki albo dania z garmażerii.

A jak wieczorem, podczas spaceru, zapachniało nam jedzonko, wchodziliśmy do knajpki – takiej, w której na stołach leżała powycierana na rogach cerata. A w soboty i niedziele – obowiązkowo. 

Gdy pan Włodek miał wolne w stoczni, zwiedzaliście intensywnie Ulsan i jego okolice.

O, nie tylko! Moja wiza była ważna trzy miesiące – potem musiałam gdzieś wyjechać, choćby na krótko. Na pół roku wracałam do Polski, bo miałam tu przecież syna, córkę, i moja mama wtedy żyła, chciałam jej pomóc. Kolejne pół roku byłam z Siwym i w tym czasie lecieliśmy gdzieś bliżej na dwa, trzy dni.

W ten sposób zobaczyłam i Hongkong, i Singapur, i na Bali nas zaniosło – w okresie deszczowym, ale "Niech pada! Z cukru nie jesteśmy!". Warto wyjeżdżać! Podróże tak bardzo otwierają nas na świat: na mądrości, głupoty, smaki, kolory! Są wielką szkołą życia.

 Kolejne pół roku byłam z Siwym i w tym czasie lecieliśmy gdzieś bliżej na dwa, trzy dni. W ten sposób zobaczyłam i Hongkong, i Singapur, i na Bali nas zaniosło.

Mówi się: „kto podróżuje, ten żyje dwa razy”. I wcale nie muszą to być dalekie wyjazdy.

Nie, oczywiście! Siwy mieszkał w Ulsan już kilka lat, zanim przyjechałam, a nadal coś ze mną odkrywał! Zwiedzaliśmy piękne świątynie, chodziliśmy po górach, zdobywaliśmy te szczyciki.

 Zwiedzaliśmy piękne świątynie, chodziliśmy po górach, zdobywaliśmy te szczyciki.

W Korei wspinaczka jest bardzo popularna. Pani partner też chyba ją lubi?

Uwielbia! Kiedy przyleciałam pierwszy raz do Korei, zaczęłam jęczeć, że z powodu drobnego – ale jednak! – hashimoto, podduszam się, jak wchodzę wyżej. Ale chyba po piątym weekendzie spędzonym w górach odkryłam, że nic takiego się nie dzieje! A weszłam właśnie na jakąś górkę!

"No i co? Wystarczyło tylko trochę potrenować", pokiwał głową Włodek. I to nie był wysiłkowy trening, myśmy raczej wlekli się na tę górę, jeżeli trzeba było, stawałam, sapałam, łapałam dech i szliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy rodziny z dziećmi i... staruszków.

To jest godne szacunku, że tam ludzie starają się jak najdłużej zachować zdrowie. I wiedzą, że do tego potrzeby jest ruch. Ale mogą też korzystać za darmo z wielu atrakcji. Niedaleko domu mieliśmy szkołę, która na weekend zostawiała otwartą bramę dla wszystkich, którzy chcieliby skorzystać z jej licznych boisk.

My wpadaliśmy tam na rolki, aby trochę pokręcić się na torze. I podziwiałam brzdące, które na swoich roleczkach jeździły sto razy lepiej ode mnie.

Mniejsza o technikę czy tempo! Najważniejsze, że aktywnie spędzali tam państwo czas.

Bardzo! W słoneczne dni Siwy pakował rowery na samochód i jechaliśmy nad rzekę Taehwa, bo wzdłuż niej, po obu stronach, są przepiękne parki z trasami rowerowymi. Przejeżdżaliśmy piętnaście kilometrów, później posiłek, jakieś małe zakupy i wieczorem wracaliśmy do domu.

Przed wyjazdem do Korei też była pani tak wysportowana?

Wręcz odwrotnie! Zawsze powtarzałam, że sport mi szkodzi, bo się upocę, umęczę. (śmiech) A tu nagle... nie mogłam się doczekać, kiedy znów będziemy się wspinać na jakąś górkę albo pójdziemy na kręgle – tym też Siwy mnie zaraził.

Kiedy był w pracy, chodziłam na basen, a czasem na fitness, bo odkryłam kobiecy klub, gdzie Koreanki przychodziły się upiększać, robić sobie maseczki i masaże wszelakiej maści, które w tym kraju są tanie i popularne. A jako że przed południem prawie nikogo nie było na siłowni, jeździłam na orbitreku, chodziłam na bieżni. Do upiększania się nie brałam.

Nie mam takiej potrzeby. Bo ja nie mieszkam w lustrze.

Nawet z masaży pani nie korzystała? Rewelacyjnie działają na zdrowie: ciało, umysł...

Chodziłam na masaż twarzy. A jednak! Złapała mnie pani! (śmiech) Tyle że to był przypadek. Chciałam sobie przeszczepić włosy, bo – jak widać – nie mam ich wiele, a w Korei robią to porządnie. Pojechałam do dobrej kliniki urody, ale pan doktor zdecydował, że nie zrobi zabiegu, bo będę rozczarowana.

"Ma pani tak cieniutkie włosy, że przeszczepy podłużne się tu nie sprawdzą. A folikularne? Mógłbym przeczepić dwa razy po pięć tysięcy włosów, w sumie dziesięć tysięcy folikuł. Ale nacierpi się pani, a różnicy nie zauważy...". "No, trudno. A co mógłby mi pan innego zaproponować?", spytałam.

On na to: "Proszę wybaczyć, ale skoro podczas wywiadu sama pani zdradziła, że walczy z nadwagą... Mamy tu takie przyrządy...", i mi je pokazał. Co to było! Kosmos i NASA! "Matko, tym elektroodkurzaczem z falami będą po mnie jeździć?".

Dostałam się pod opiekę młodej kosmetyczki i dwa razy w tygodniu przychodziłam na te męki. Ona tą straszną rurą rozbijała mój tłuszcz, a ja w ciągu dnia piłam ocean zielonej herbaty, żeby go wypłukać. I zdarzało się tak, że dwie panie naraz się mną zajmowały – jedna miętosiła mi brzuch, a druga robiła mi masaż twarzy. Bardzo bolesny, ale szalenie skuteczny.

A odchudzanie przyniosło wymarzony efekt?

Fantastyczny! Ale może też dlatego, że lekarz pomógł mi trochę farmakologicznie? W Korei może on przepisać pacjentowi takie tabletki, które – w otoczeniu innych, które mają chronić cały organizm – powodują przyspieszenie przemiany materii.

Myślę, że są to jakieś pochodne amfetaminy. Ale można je brać tylko pod opieką lekarza. Mój zrobił ze mną bardzo porządny wywiad. Sprawdzał, jakie mam ciśnienie, jak śpię, wykonał test na próby wątrobowe.

A później brałam chyba 6 różnokolorowych tabletek: ta na spanie, ta na wątrobę, ta na nerki, ta na serce – po to, żeby to "coś" na podkręcenie metabolizmu nie narobiło szkody. I to "coś", razem z masażami, spowodowało, że zrzuciłam 11 kilogramów w 3 miesiące! Jak ja się wtedy wylaszczyłam – sama sobie zazdrościłam figury.

(śmiech) Ale w ciągu trzech lat znowu przybrałam na wadze...

 

Bo wróciła pani do Polski...

I do siebie. Swoich nawyków.

I karmienia całej rodziny. Po koreańsku też?

Jak tylko przyjeżdżają dzieci i mówią, że chcą jeść po koreańsku – jest grill! Bo u Koreańczyków podobało się nam to, że siadają dookoła stołu, na którym stoi grill, obsmażają maleńkie kawałki mięsa, które... zawijają w zielone liście, dokładając do nich ulubioną pastę: sojową, paprykową czy fasolową, i kimchi.

Na desce obok leżą różne rodzaje sałat, kapust, botwin, a nawet jadalnych kwiatów – każdy robi z nich pakuneczek i... do ust, na raz. Nie ma do tego frytek, makaronu, chlebusia, więc w boczki nic nam nie idzie. Ucztując tak w Korei, zdałam sobie sprawę, ile tam się je błonnika!

I od razu po przyjeździe zaczęliśmy z Włodkiem tak przyjmować gości, tyle że na sposób koreańsko-polski. Tu nie mam takiej ilości zieleniny, wybieram chudsze mięso – znów się odchudzam! – i podaję korniszonki, patisony, cebulki, plus koreańskie pasty, które kupuję przez Internet.

I oczywiście jemy to pałeczkami! Kupiliśmy je nawet wnuczkom, bo też chciały się nimi posługiwać na naszych rodzinnych grillowankach. I uczą się, nie poddają, są uparte. A taki grill to świetna zabawa. I niesamowicie socjalizująca.

Czyli zaszczepiliście zdrowy nawyk, super! A co z potrzebą aktywnego spędzania czasu?

Potrzeba ciągle jest, ale... po powrocie do Polski trochę się zmieniło. Mieszkamy na wsi i to takiej głębokiej, nie mamy żadnych atrakcji sportowych oprócz jazdy na rowerze.

Poza tym trochę się postarzeliśmy i zwolniliśmy tempo – ja mam problemy z nogą, mąż trochę choruje, więc... nie szalejemy aż tak bardzo, jak w Ulsan. Ale staramy się, w miarę możliwości, żyć aktywnie.

A do Korei się nie wybieracie? W sentymentalną podróż...

Nie. Ja bym nawet chciała, ale... Włodka już tam nie ciągnie. Lubi te wspomnienia, oglądamy czasem zdjęcia, książkę napisaliśmy, i to mu wystarczy. Czasem, gdy szliśmy do koreańskiej restauracji, do sympatycznego Hyona, snuliśmy przy jedzeniu plany wyjazdu, tyle że zawsze spalały na panewce.

A teraz powoli przygotowujemy się do wyjazdu do Australii, gdzie od kilku lat mieszka z rodziną moja córka, Baśka. Rok temu pojawiła się na świecie moja najmłodsza wnuczka i bardzo chciałabym ją wziąć na ręce, przytulić... To jest bardzo długa podróż, a mąż walczy z chorobą...

Pani doktor zgodziła się na ten wyjazd, ale pod kilkoma warunkami: że to nie może być środek lata, a Włodek musi cały czas uważać na słońce itd. Cała strategia.

Nie wiem, czy mogę zapytać...

Rak. Ale jest naprawdę dobrze. Rano, kiedy siedzimy w śniadalniku z wielkim oknem na świat, patrzę na Włodka i... nie ma w nim tamtej choroby. Już nie ma. On ją bardzo skutecznie zwalczył, przy pomocy naszych ukochanych lekarzy. Operacja, chemia... Ale kontrola non stop.

Pani mąż jest silny! No i ma przy sobie kobietę swojego życia. A miłość czyni cuda...

Jest silny! To prawda. I mamy OGROMNE szczęście, że odnaleźliśmy się w życiu. W dwóch różnych krajach, na różnych kontynentach... Ale mamy też i to wielkie szczęście, że trafiliśmy na taki sposób leczenia i leki, które na męża działają, a są dostępne w ramach NFZ. Jakiś czas temu przeżyłam wstrząs: mąż wyjechał, a ja się dowiedziałam, że lek, którym jest leczony, nie będzie już refundowany. Napisałam wszędzie, gdzie się dało, włącznie z Panem Bogiem. Uff... refundację przywrócono. I – odpukać – jest dobrze! Najlepsze życzenia świata: „zdrowia ci życzę”. Bo tylko tego nam potrzeba. Naprawdę, niczego więcej. Całą resztę sobie sami już załatwimy.

 I tego życzę – zdrowia! Dla pana Włodka i pani, dla całej rodziny. Dziękuję za rozmowę.

 

Wczytaj więcej
Polub
Dołącz do nas na Facebooku:
Dołącz do naszego Newslettera i odbierz prezent:
Budujemy Dom
Nasze magazyny