Jesteś terapeutą?

Manuela Gretkowska - widzę i słyszę więcej

Rozmowa z Manuelą Gretkowską, pisarką, eseistką, osobą wolną i pragnącą wolności dla każdego. Podczas nagrywania wywiadu towarzyszył nam mąż Manueli, Piotr Pietucha, psychoterapeuta, współautor jej dwóch książek i autor kilku własnych. Ona - przebojowa, silna po męsku, on - łagodny i rozumiejący kobiety. Opowiadają o tym, jak wspólnie wygrać małżeński maraton, nie zwariować w konserwatywnej Polsce i żyć zdrowo na przekór wszystkiemu.

Artykuł na: 17-22 minuty
Zdrowe zakupy

Agnieszka Podolecka: Wszystko jest w pani oryginalne, odstające od przeciętności: odwaga w opowiadaniu historii rodzinnych, powołanie Partii Kobiet, czyli partii opartej nie tylko na ideologii, ale również na równouprawnieniu płci, pani literacka narracja, zainteresowanie tarotem, który większości kojarzy się z wróżkami oszustkami, a nie inteligentną i wykształconą kobietą. Zawsze była pani taka odważna, czy to cecha nabyta, efekt jakiegoś punktu zwrotnego w pani życiu?

Manuela Gretkowska: Zacznijmy od partii. W Polsce płeć jest ideologią, bo ideologicznie prawicowi idioci pakują kobiety do klatki"matka i gosposia". Partia Kobiet powstała więc z powodów ideologicznych, które są płciowe. Jeśli chodzi o odwagę... Urodziłam się ze zdolnością logicznego myślenia, jak wszyscy, i sądzę, że to, co mówię i piszę, jest logiczne, nawet tam, gdzie popuszczam wodze fantazji. Moja odwaga polega na obronie logicznego myślenia. Na odważnym głoszeniu tego, co uważam za sensowne i prawdziwe. Bez oglądania się na czyjeś poparcie czy aprobatę.

Jestem feministką i walczę o prawa kobiet w Polsce, bo tutaj się ich nie docenia i regularnie ogranicza. Chcę mieszkać w cywilizowanym, europejskim kraju. Moje bohaterki też walczą o to, co im wydaje się rozsądne i logiczne. A że wyrażam to w kontrowersyjny sposób? Na tym polega artystyczna odwaga.

AP: Wcześnie się pani zakochała, już w liceum, i szybko wyszła za mąż, za swoją pierwszą miłość. Ale mimo szalonej miłości małżeństwo nie przetrwało. Drugie jest lepsze, układa się. Wyniosła pani jakąś lekcję z pierwszego związku? Stosuje pani metody, które w Polsce pełnej rozwodów pomagają zachować miłość?

MG: Nie można porównywać młodzieńczego uczucia do miłości ludzi dojrzałych, którzy wiele w życiu przeszli. To tak jakby chciała pani porównać sprint i maraton. Przetrenowałam w młodości sprint, a teraz biorę z moim mężem udział w maratonie. Mieliśmy dużo szczęścia, spotykając się. Czy stosuję jakieś metody? Porównałabym dobry związek do piruetu - tancerz kręci się, zmienia pozycje, ale jednak aby nie upaść, patrzy w jeden konkretny punkt, obraca głowę tak, by zawsze skupić wzrok na jednej rzeczy.

I z małżeństwami też tak być powinno - każdy może się kręcić w dowolną stronę, ale patrzeć trzeba w jedną, dążyć do tego samego celu. Jeśli dwoje ludzi widzi, że ich związek ma sens, że idą w tym samym kierunku, że mimo swojej wolności, zachwytu i rozglądania się po świecie jednak dążą zawsze do tego, by się spotkać i być razem, to związek ma szanse. O! Widzę, że mój cel i współmaratończyk chce coś dodać.

 Piotr Pietucha: Ponieważ jestem terapeutą par, od wielu lat mam możliwość obserwowania małżeństw z dłuższym i krótszym stażem. Porównałbym związek dwojga ludzi do jazdy na rowerze. Wiele par próbuje jechać na tandemie, a na tandemie jednak ktoś zawsze ma kierownicę i narzuca kurs i tempo, druga osoba musi się podporządkować. Znacznie lepiej jest jechać na dwóch rowerach w tę samą stronę. Rozglądać się, podziwiać świat, pozwolić partnerowi na własne tempo, zwolnić albo przyspieszyć, zaufać mu, ale jednak jechać w jednym kierunku.

MG: Udaje się nam podążać w jedną stronę. Tą stroną jest chęć bycia razem. To dlatego przeprowadziłam się do Szwecji, a potem wspólnie przyjechaliśmy do Polski, gdy dostałam dobrą propozycję pracy.

Moja odwaga polega na obronie logicznego myślenia. Na odważnym głoszeniu tego, co uważam za sensowne i prawdziwe.

AP: Wyjazd za granicę rzadko jest łatwy. Nazywa pani emigrację"doświadczeniem granicznym". Myśli pani, że bez doświadczenia emigracyjnego zostałaby pani pisarką? A jeśli tak, to czy pani sztuka byłaby taka sama?

MG: Nie mam pojęcia, kim zostałabym, gdybym nie wyjechała z Polski. Może malarką? Przed wyjazdem za granicę pisałam felietony do prasy podziemnej, ale nie miałam wrażenia, że to, co piszę, jest oryginalne, że się różni od tego, co tworzą inni. Dopiero emigracja pozwoliła mi uchwycić proporcje. Bycie w Polsce było jak trans, wyjazd wyrwał mnie z tego szczególnego stanu "zaśnienia", zasiedzenia. Pomógł odnaleźć prawdziwą siebie. Pierwsza emigracja była z przymusu, w 1988 roku. Druga z miłości - wyjechałam do Szwecji, bo zakochałam się w Piotrze. Trzecia, do USA, była kwestią wyboru - chciałam poznać Amerykę.

AP: Trzy razy wybierała pani emigrację: w latach 80. i już w demokratycznej Polsce. W swojej ostatniej książce, "Z miłości trudno się podnieść", mówi pani, że powrót do Polski z intelektualnej Francji to cofnięcie się niemal do pampersów. Po co więc wracać?

MG: Za pierwszym razem wróciłam, bo padła komuna. We Francji byłam najdłużej, byłam również młodsza. To był uniwersytet życia, innej cywilizacji. PRL był miejscem strasznym, a jednak wielu emigrantów próbowało sobie wmawiać, że Polska jest bardziej uduchowiona (czytaj: katolicka) niż Francja czy inne kraje, i przez to lepsza. To poczucie pseudowyższości duchowej i kulturowej było maskowaniem kompleksów. Odżywa to znowu teraz. Wtedy polskość oblepiała nas jak kokon i na szczęście udało mi się ten kokon rozerwać, przepoczwarzyć. Wracając, myślałam, że w Polsce zachodzą zmiany, które rodakom też pozwolą zmienić mentalność.

PP: Ponieważ też byłem emigrantem, chciałbym dodać, że ten kokon, o którym mówi Manuela, daje często złudne poczucie bezpieczeństwa. On jest ciepły, ale jednak bardzo ograniczający. I gdy wydostaniemy się z tego kokonu, rozwiniemy skrzydła. I możemy wtedy zostać takim kolorowym, artystycznym motylem jak Manuela.

MG: Dla mnie ten kokon nie był ciepły i bezpieczny, był obrzydliwie oblepiający, nie mogłam oddychać. Dlatego napisałam na murze "Strzelaj albo emigruj".

PP: Wielu polskim twórcom emigracyjnym, choćby Gombrowiczowi czy Miłoszowi, udało się wydostać z tego kokonu i spojrzeć na polskość z dystansem. Ich intelektualna przenikliwość i wrażliwość pogłębiły się. Najwspanialsze utwory tworzyli na emigracji.

MG: Tak, wyrwanie się z jednokulturowej i jednoreligijnej tradycji poszerza horyzonty. Na emigracji, gdy zechcemy poznać inną kulturę albo kultury, przestajemy oddychać historycznym smogiem. Nawet nie umiem pani powiedzieć, czy ja wróciłam do Polski na stałe. Za każdym razem wyjeżdżałam z innego powodu i wracałam z innego. Ze Szwecji wróciłam, bo chciałam, jak napisałam w"Polce", żeby moja córka"najadła się polskości", a ona po dojściu PiS do władzy najadła się wstydu z tego powodu, że jest Polką. Nie przewidziałam, że polskość tak się cofnie i będzie obciążająco obciachowa. Ale córka ma szwedzkie obywatelstwo i szansę na bycie i tu, i tam.

AP: Pytanie, którego pisarze zazwyczaj nie znoszą: ile w pani postaciach jest Manueli Gretkowskiej?

MG: Każda moja bohaterka jest ze mnie! Pisarze nie są w stanie stworzyć postaci, która nie jest choć częściowo nimi. Nawet jak wymyślamy postać zupełnie różną od nas, to i tak jest częścią nas.

AP: Czy to, co pani pisze, a potem czyta, robiąc korektę, jest formą katharsis czy raczej panią przeraża i kieruje w stronę gabinetu psychoterapeuty?

MG: Nie wiem, czemu utarło się, że pisarz przelewa na papier swoje problemy i funduje sobie w ten sposób terapię. Pisarstwo to jest sztuka.

PP: A ja myślę, że sztuka jest terapeutyczna. Zarówno pisanie, jak i każda artystyczna ekspresja mogą pełnić uzdrawiającą funkcję w życiu twórcy.

MG: Może trochę tak, zwłaszcza przy pierwszej książce, ale potem... Piszę od 25 lat i wiem, ile jest w procesie pisania natchnienia, ile planowania, warsztatu. Moje powieści nie są dla mnie terapią. Na terapii jestem pacjentką, a pisząc - pisarką. Ludzie nie chodzą na terapię, żeby tworzyć, tylko żeby się uleczyć.

PP: Niekiedy artyści potrzebują terapii, żeby się odblokować.

AP: Wychowała się pani w wierze katolickiej i odeszła od niej. Czy to wynik wszechstronnego doświadczenia, poszukiwań duchowych? Skąd fascynacja ezoteryką?

MG: Nie gardzę katolicyzmem. Każda religia jest dla kogoś innego, dlatego tyle ich jest. Ezoteryką zaczęłam się zajmować, jeszcze będąc katoliczką. Im więcej pytań sobie zadawałam, tym mniej odpowiedzi znajdowałam w chrześcijaństwie.

PP: Wychowanie w konkretnej religii, zwłaszcza w społeczeństwie jednokulturowym, jest jak Matrix - tkwimy w tradycji i nie zadajemy pytań. A gdy w końcu mamy odwagę je zadać, ta tradycja bardzo źle na nie reaguje. Zorganizowane religie zarzucają wtedy swoim wyznawcom myślenie inspirowane New Age, nie godzą się na wolnomyślicielstwo i zachowywanie jedynie tych dogmatów, które są dla nas logiczne. Siła religii tkwi nie w rozwoju duchowym wyznawców, ale w ich posłuszeństwie i niekwestionowaniu odwiecznych zasad.

Dopiero emigracja pozwoliła mi uchwycić proporcje. Bycie w Polsce było jak trans.

AP: Wierzy pani, a właściwie jest zupełnie pewna, że świat duchowy istnieje. Skąd ta pewność?

MG: Odpowiedź na to pytanie jest dwojaka: medyczna i metafizyczna. Medycznie: mam padaczkę skroniową, a to oznacza, że w moim mózgu dochodzi do gwałtownych wyładowań elektrycznych, nasila się świadomość, widzę i słyszę rzeczy, których"zdrowy mózg" nie rejestruje. Wielu mistyków chrześcijańskich prawdopodobnie cierpiało na padaczkę skroniową i widziało dzięki temu Jezusa lub świętych, i tworzyło wspaniałe mistyczne dzieła, jak np. Święta Teresa z Avila czy Jan od Krzyża.

PP: Świat duchowy przejawia się najczęściej w bardzo osobliwy sposób. Spotkaliśmy się z szamanem islandzkim pod Sztokholmem. Pochodził z rodziny, w której było wielu szamanów, miał ogromne doświadczenie i cieszył się niezwykłą estymą. Widział nas pierwszy raz, ale znał imiona rodziców Manueli, polskie imiona nieznane Islandczykom. Wieszcząc w transie, powiedział nam, że przeżyliśmy razem już 14 wcieleń. Podobno najszczęśliwsi byliśmy, gdy Manuela była zakonnicą, a ja mnichem.

MG: Powiedział również, że na moim ramieniu siedzi anioł, który dyktuje mi, co mam pisać.

AP: O, to brzmi bardzo podobnie do tego, co mówią szamani południowoafrykańscy. Oni twierdzą, że duchy przodków siadają na naszych ramionach, by do nas mówić, ale większość z nas ich nie słyszy. Może pani ma po prostu zdolność słyszenia?

MG: Moje spotkania z szamanami udowodniły mi, że są to ludzie, którzy słyszą i widzą więcej niż inni, że mają dostęp do świata duchowego. I choć nie jestem szamanką, potrafię czasami usłyszeć myśli innych ludzi, dostrzec świat duchowy, odebrać energię i myśli z niego płynące.

AP: Wierzy pani w holistyczność ludzkiej natury, w jedność ciała, ducha i umysłu. Czy ta wiara przekłada się na pani codzienne życie?

MG: Na wiele sposobów. Od estetyki, bo wierzę, że barwy, kształty wpływają na emocje, po medycynę. Bardzo pomogła mi akupunktura działająca na niewidzialne kanały energetyczne. Nasza świadomość to czubek góry lodowej. Reszta jest poza zasięgiem, zostaje intuicja. Albo psychodeliki, po których nawet mniej wrażliwi na wibracje dostrzegają złożoność i jedność świata.

PP: To holistyczne połączenie widać najlepiej w rodzinie. Na przykład destrukcyjne, negatywne emocje jednej osoby w rodzinie wpływają na emocje innych i wszyscy zaczynają chorować. Podobnie jest z organizmem. Jeśli choruje dusza, zaczyna chorować ciało. Gdy umysł nie pojmuje tego, co się człowiekowi przydarza, ciało reaguje na swój sposób. Nie możemy rozerwać człowieka na osobne elementy: ciało, duszę i umysł. Podobnie nie możemy oderwać się od tradycji, kultury i wpływu innych ludzi. Możemy się bronić przed szkodliwym wpływem, ale nigdy nie będziemy samotną wyspą.

AP: Praktykuje pani buddyjskie ćwiczenia umierania powa. Boi się pani śmierci?

MG: Nawet ojciec Pio, który był stale jedną nogą po drugiej stronie, bał się śmierci. Jezus pocił się i płakał krwią, tak bardzo bał się umrzeć. Ja też boję się śmierci, wydaje mi się, że to najbardziej pierwotny lęk. Boję się, bo mam świadomość, że po drugiej stronie jest istnienie, ale nie wiem jakie.

To tak jakby rybę wyrzucić na ląd. Ona wie, że poza wodą jest życie, ale nie umie się w nim odnaleźć.

Boję się też cierpienia fizycznego. Ćwiczenia powa pomagają oswoić śmierć. Nie lęk, bo w buddyzmie śmierć nazywana jest wielką okazją, stacją przesiadkową w inne wcielenia.

Buddyzm tybetański jest dla mnie najnaturalniejszą filozofią, najbliższą mojej naturze i moim holistycznym poglądom na świat. To najstarszy buddyzm, sięgający szamanizmu, a więc współcześnie mówiąc, ekologii, jedności człowieka z naturą. Filozoficznie jest bardzo wyrafinowany. Psychologicznie pasuje do XXI wieku.

Powa polega na otwieraniu samym dźwiękiem kanału dla świadomości, żeby mogła się wydostać z ciała w chwili śmierci. Widocznym tego objawem jest zmiękczenie ciemiączka - na tyle, że lama może po praktyce włożyć nam w czaszkę źdźbło trawy. Opisałam to szczegółowo w mojej najnowszej książce "Z miłości trudno się podnieść".

AP: Zatem buddyzm daje pani odwagę i poczucie spokoju?

MG: Podobnie jak ćwiczenia jogi i następująca po nich medytacja. Czerpię mądrość od buddyjskich lamów, uczę się od nich spokoju w rozedrganym świecie, uczę się akceptacji i staram być jak najlepszym człowiekiem, by moje następne życie również było dobre.

Autor publikacji:
Dr Agnieszka Podolecka
agnieszka.podolecka@ktociewyleczy.pl

Dr Agnieszka Podolecka urodziła się w Sri Lance i od najmłodszych lat interesowała się innymi kulturami. Jest orientalistką i afrykanistką. Pracę doktorską napisała na temat szamanizmu południowoafrykańskiego i jego oddziaływania na New Age. Prowadzi badania w RPA, Lesotho. Namibii, Botswanie, Zambii i Zimbabwe. Jest autorką artykułów naukowych i dwóch powieści: "Za głosem sangomy" i "Żar Sahelu"

Zobacz więcej artykułów tego eksperta
Holistic Health 4/2019
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W:
Holistic Health 4/2019
KUP wydanie ELEKTRONICZNE
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W
Holistic Health 4/2019
Holistic Health
Kup teraz
Wczytaj więcej
Zapisz się i odbierz wybrany magazyn gratis!
Zapisz się i odbierz prezent
Nasze magazyny