Jesteś terapeutą?

Czułość w czasach zarazy - wywiad z Natalią Kukulską, artystką, żoną i mamą, która żyje w zgodzie z naturą i kocha życie

Gdy czuję, że ja i moi bliscy jesteśmy szczęśliwi, pozwalam sobie na szaleństwa artystyczne. W życiu nie muszę i nie chcę być odważna, nie lubię ryzykować, w sztuce odwrotnie.

Artykuł na: 23-28 minut psychologia
Zdrowe zakupy

Agnieszka Podolecka: Pani najnowsza płyta jest zaskoczeniem i piękną niespodzianką: łączy muzykę klasyczną z popularną. Z jednej strony jest pani mamą, deklaruje pani w wywiadach dążenie do stabilizacji, z drugiej podejmuje ryzyko wykorzystania utworów, które każdy zna i odczuwa inaczej. Czy takie inspirujące łączenie sprzeczności to część pani holistycznego podejścia do życia?

Natalia Kukulska: Myślę, że tak, ta płyta – jak i zresztą cała moja działalność artystyczna – jest częścią mojego życia i holistycznego podejścia do niego. Aby tworzyć, podejmować ryzyko artystyczne, potrzebuję stabilizacji i poczucia spełnienia w życiu prywatnym.

Gdybym czuła się nieszczęśliwa, zagrożona, chora, gdybym przeżywała jakąś tragedię, nie byłoby mnie stać na ryzyko. Niektórzy ludzie tworzą właśnie wtedy, gdy są nieszczęśliwi, ja jednak potrzebuję spokoju, aby podejmować odważne i inspirujące decyzje artystyczne.

Zawsze dążyłam do tego, aby mieć poczucie stabilności, szczęśliwą rodzinę, w której relacje są silne i głębokie. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Gdy czuję, że ja i moi bliscy jesteśmy szczęśliwi, pozwalam sobie na szaleństwa artystyczne. W życiu nie muszę i nie chcę być odważna, nie lubię ryzykować, w sztuce odwrotnie.

Stabilizacja artystyczna, zachowawczość i rutyna sprawiają, że łatwiej sprzedać płyty, bo spełnia się określone oczekiwania odbiorców, ale jednocześnie takie podejście do twórczości wydaje mi się nudne i nierozwijające. Lubię otwierać drzwi do przestrzeni, w których mogę poznawać nową siebie. Natalia Kukulska

I najwyraźniej to ryzyko się opłaca – płyta „Czułe struny” zachwyciła słuchaczy i osiągnęła status platynowej.

Rzeczywiście. Muzykę Chopina każdy odczuwa inaczej i słuchając jej, wyobraża sobie coś innego. Już wcześniej podejmowano próby reinterpretacji utworów Chopina.

Dziesięć lat temu zaproszono mnie do jazzowego projektu, w którym wykorzystano muzykę mistrza. Od tego czasu myśl o nagraniu płyty wyłącznie z jego muzyką stale mi towarzyszyła.

Rok 2020 wydał mi się znakomitą okazją: 210. rocznica urodzin Chopina. Wymarzyłam sobie, aby nagrać utwory w opracowaniach symfonicznych, które stworzyliby wspaniali kompozytorzy, a do współtworzenia wraz ze mną warstwy lirycznej zaprosiłam cenione przeze mnie artystki.

Cieszę się, że spojrzeliśmy na Chopina z tylu różnych perspektyw. Muzyka jest czymś żywym, nawet jeśli po latach staje się pomnikowa, to jednak można ją przełożyć na naszą współczesną emocjonalność, nasze przeżycia.

Tematy z fortepianowych utworów Fryderyka Chopina zostały wyśpiewane przeze mnie w kontekście symfonicznym. Może jest to odważne, ale nasze spojrzenie na klasykę – sądząc po odbiorze – szczęśliwie spodobało się słuchaczom.

Proszę zobaczyć, kiedy ta płyta, mówiąca o czułości i bliskości, się ukazała – w roku pandemii, właśnie wtedy, gdy tej bliskości nam brakuje i ludzie łakną czułości!

Podobno główną inspiracją do stworzenia przez panią tekstów była mowa noblowska Olgi Tokarczuk.

Mowa ta wywarła na mnie wielkie wrażenie i zaraz po jej wysłuchaniu powstał trochę gorzki tekst pt. "Znieczulenie", do Preludium c-moll Chopina.

Zarazem czułość stała się motywem przewodnim tego albumu, ponieważ wkradła się do tekstów pisanych również przez inne autorki. Być może dlatego, że nie brakuje jej w muzyce Chopina i ludzie jej potrzebują.

Jestem optymistką, jeśli zamknie mi się jakąś rzeczywistość, nie nudzę się, stwarzam sobie nową, wymyślam kolejne projekty i cieszę się ich realizacją

Czy ograniczenia pandemiczne bardzo panią dotknęły? Nie mówię o odwołanych koncertach, ale o życiu codziennym, relacjach, przemyśleniach, rozwoju.

Oczywiście dla wielu osób czas pandemii to czas dramatyczny – bliscy chorują, niektórzy odeszli, wiele osób straciło pracę i dochody. W mojej rodzinie na szczęście nikt nie zachorował.

Byłabym nieuczciwa, gdybym powiedziała, że bardzo ucierpiałam z powodu pandemii. Oczywiście musiałam zrewidować swoje plany, zainwestowałam sporo w płytę, której nie mogę promować koncertami, ale jednak mam stabilność finansową i wykorzystuję ten czas najlepiej, jak się da: jestem aktywna twórczo, wiele czasu poświęcam rodzinie i sprawom domowym.

Na szczęście moja nastoletnia córka jest samodzielna i nie musiałam odrabiać z nią lekcji, sprawdzać wypracowań, zaganiać do nauki. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak trudno połączyć pracę zawodową ze zdalnym nauczaniem dzieci. Mnie to ominęło.

Poza tym jestem optymistką, lubię dobrze wykorzystywać czas. Jeśli zamknie mi się jakąś rzeczywistość, stwarzam sobie nową, nigdy się nie nudzę, wymyślam kolejne projekty i cieszę się ich realizacją.

Wydaje mi się, że ta pandemia to coś w rodzaju programu naprawczego ludzkości. Nie chcę, aby to zabrzmiało górnolotnie, ale zarówno ja, jak i wiele osób, które znam, zmieniło swoje podejście do życia, nabrało dystansu do problemów, zwłaszcza tych mniejszych.

Myślę, że wielu ludziom udało się zatrzymać, przyjrzeć życiu, odpowiedzieć na pytania: czy wykonuję odpowiedni zawód, czy inwestuję we właściwe emocje i nie tracę energii na sprawy błahe i materialne, czy moje relacje z najbliższymi są takie, jak być powinny, czy przebywanie z rodziną sprawia mi przyjemność, czy osoby, które uważam za przyjaciół, rzeczywiście nimi są?

Mnie udało się zwiększyć samoświadomość, odważyłam się spróbować nowego. Miałam w końcu czas i postanowiłam zgłębić zagadnienia psychologiczne, zarówno teoretycznie, jak i praktycznie. Pierwszy raz w życiu poszłam na ustawienia Hellingera*. To było niesamowite przeżycie.

Hellinger podczas wieloletniej pracy z ludźmi przekonał się, że to, co się dzieje w rodzinie, ma historyczne i systemowe podwaliny. Nawet jeśli wydaje się nam, że jesteśmy nowocześni i inni niż nasi przodkowie, to ich historie, sposób myślenia i życia mają na nas wpływ.

Kształtuje nas nie tylko historia kraju i miejsca, w którym mieszkamy, ale również program naszej rodziny. W

iem, że rozwój intelektualny i zwiększanie wiedzy daje szerszą perspektywę, umożliwia pokonanie traum, odnalezienie harmonii w życiu i po prostu bycie szczęśliwszym. Na pewno zwiększyłam samoświadomość, co zdecydowanie ułatwia mi relacje międzyludzkie.

 *Ustawinia hellingerowskie, zwane też ustawieniami systemowymi lub konstelacjami rodzinnymi, są metodą terapeutyczną mającą na celu zrozumienie współzależności i wzajemnego oddziaływania na siebie poszczególnych członków rodziny, zarówno żyjących, jak i zmarłych przodków.

Ustawienie przypomina psychodramę, której uczestnicy "wchodzą w role" postaci związanych z osobą ustawiającą oraz jej problemami. Rodziny często mają zaprogramowane pewne działania, które wynikają z ich historii.

W każdej rodzinie istnieje pewien archaiczny porządek, który wyznacza każdej osobie miejsce i role w rodzinie. Często są to role krzywdzące, niedopasowane do dzisiejszych czasów i hamujące rozwój. Są one odkrywane podczas ustawień i pomagają w dokonaniu zmian w życiu (przyp. red.)

Natalia Kukulska

W dawnych wierzeniach kobiety, które miały wiedzę i samoświadomość, nazywano wiedźmami, a więc i my, korzystając z rozmaitych metod terapeutycznych umożliwiających samodoskonalenie, poniekąd się nimi stajemy. Co jeszcze, poza chęcią zgłębiania zagadnień psychologicznych, skłoniło panią do tego rodzaju poszukiwań?

Zaczęłam odczuwać potrzebę pozareligijnego poszerzania świadomości. Jest wiele mądrości, które wywodzą się z czasów, gdy nauka jeszcze nie była tak rozwinięta. W sposób empiryczny przekonywano się, jaką moc ma natura, w tym chociażby zioła.

Moja córka Ania też interesuje się duchowością, innymi kulturami. Ostatnio okadziła cały dom białą szałwią, aby go oczyścić i przywrócić dobrą energię.

Fascynują mnie różne kultury i religie, czerpię z nich, aby się wzmacniać, nabierać mądrości. Chociaż wychowano mnie w katolickiej Polsce, jestem otwarta na mądrość spoza naszego kręgu kulturowego. Cały czas poszukuję własnej relacji z Bogiem.

Co jeszcze nowego zrobiła Pani w ostatnim roku?

Przeczytałam wiele książek psychologicznych, o zdrowym odżywianiu, o wprowadzaniu minimalizmu w życie. Obejrzałam wiele filmów popularnonaukowych i o samorozwoju. Stałam się na pewno bardziej świadomym konsumentem, któremu nie jest obcy recykling.

Może lepiej zarządzam czasem i myślę, że będę jeszcze lepiej zorganizowana. W końcu znalazłam czas na jogę. Niestety z powodu pandemii uczestniczyłam w sesjach internetowych, ale udało się.

Moja przyjaciółka jest mistrzynią jogi, mieszka w Londynie i prowadzi zajęcia na zoomie. Każde z nich rozpoczyna i kończy medytacją.

Ćwiczenia, które się wykonuje, uwalniają stres z ciała i likwidują blokady energii, a kończąca je medytacja pomaga oczyścić umysł. Po każdej sesji czuję się wspaniale i widzę, że z większym spokojem podchodzę do życia.

Mam też szczęście mieszkać w pobliżu lasu, więc zaczęłam regularnie chodzić na spacery. Staram się generować dobrą energię.

Gdy w małżeństwie pojawiają się dzieci, też mają swoje tożsamości. I jakoś trzeba całą tę gromadę skupić wokół jednego stołu, wspólnego celu

Pani rodzina na pewno to docenia. W czasach, gdy około 30% Polaków się rozwodzi, a wielu innych marzy o rozwodzie, udało się pani stworzyć harmonijną rodzinę. Nie tylko wszyscy mieszkacie pod jednym dachem, ale też pracuje pani z mężem. Jak pani to wszystko osiągnęła?

No cóż, nie ma cudownych recept, każdy związek i każda rodzina musi swój ład i emocje przepracować sama, a zdarza się, że z terapeutą.

Dla mnie rodzina, jak już mówiłam, jest najważniejsza. Wcześnie straciłam mamę, więc chcę dać moim dzieciom nie tylko pełną rodzinę, ale też taką, która się naprawdę kocha i wspiera.

Cały czas się uczę. Małżeństwo to przecież związek dwojga ludzi, wychowanych w różny sposób, mających różne charaktery. Gdy pojawiają się dzieci, też mają swoje tożsamości.

I jakoś trzeba całą tę gromadę skupić wokół jednego stołu, wspólnego celu, nauczyć się żyć razem w szacunku i miłości. To nigdy nie jest łatwe.

Moim zdaniem u podstaw leży szczerość, otwartość. Nie znoszę zamiatania problemów pod dywan. Nie każdy umie rozmawiać o swoich uczuciach. Ja akurat nie mam tego problemu, ale rodzinom, w których dławi się emocje, na pewno jest trudniej.

Zdarza się, że mamy mętlik w głowie, jednak gdy zaczynamy tłumaczyć bliskim nasz punkt widzenia, wiele się wyjaśnia. Dajemy się zrozumieć.

Jeśli chodzi o pracę z mężem, to rzeczywiście w naszym domu ciągle mówi się o muzyce. Albo omawiamy nagrania i koncerty, które się odbyły, albo planujemy następne, albo dzielimy się pomysłami na nowe projekty.

Bywa też tak, że gdy pracujemy intensywnie, nie mamy czasu ze sobą rozmawiać. Każde z nas jest skoncentrowane na swojej pracy i ma inne zadania. Poza sferą muzyczną mam dodatkowo zajęcia związane z promocją tego, co tworzymy: wywiady, szereg spotkań.

Po wspólnej pracy często dopiero wieczorem mogliśmy ze sobą porozmawiać i stwierdzić, że chociaż byliśmy w jednej sali koncertowej lub studiu nagraniowym, zdążyliśmy się za sobą stęsknić.

Teraz z powodu pandemii i braku koncertów spędzamy niemal cały czas razem. To nam dało szansę poruszenia jeszcze większej liczby tematów, również dotyczących naszych oczekiwań wobec siebie, tego, co czujemy, co chcemy ulepszać, co zmieniać. Szczera rozmowa jest podstawą naszego związku, dlatego jest silny.

Trzeba też pamiętać, że to, co dla jednej osoby wydaje się logiczne, dla drugiej wcale takie być nie musi.

Oczywiście! To, że ja, idąc do sklepu po chleb, rozglądam się i zastanawiam, czy jeszcze coś jest w domu potrzebne, wcale nie oznacza, że mój mąż też się rozejrzy i zastanowi.

Może po prostu wykaże się męskim podejściem i załatwi to, o co żona go prosiła, czyli kupi chleb (śmiech). Bo skoro nie wspomniała o wodzie czy soku, to najwyraźniej są niepotrzebne. Nie ma w tym złej woli.

Z tego, co wiem, w wielu domach było dotąd tak, że kobieta stawała się menedżerem całej rodziny, kapitanem statku, a reszta załogą, która liczyła na jej przywództwo.

Tymczasem pandemia wymusiła na wielu rodzinach zmianę działania. Praca w domu, nauczanie zdalne dzieci, płaczące maluchy – to wszystko sprawiło, że wiele kobiet zbuntowało się i zażądało większego zaangażowania się mężczyzn w życie rodzinne.

U nas na szczęście nie było rewolucji, wystarczyło przeanalizować sytuację i poprawić harmonogram dnia.

Rodzina jest najtrudniejszą organizacją czy firmą na świecie, więc zawsze należy szukać sposobów, aby działała dobrze, a kobieta z mężczyzną – partnersko.

Dlatego uważam, że koniecznie trzeba ze sobą rozmawiać, uczyć się wzajemnie, uczulać na rzeczy zarówno ważne, jak i powszednie. Staram się tak robić.

Warto też mieć rytuały, które łączą rodzinę, choćby jeden posiłek dziennie zjedzony wspólnie i w spokoju.

Każde z moich dzieci jest w innej grupie wiekowej: Jan ma już 20 lat, Ania – 15, Laura – tylko 4. Każde z nich ma więc zupełnie inne problemy, ale na szczęście łączy nas pasja do muzyki, są utwory i wykonawcy, których lubimy słuchać wspólnie.

Rozmawiamy ze sobą nie tylko o muzyce, ale też o naszych marzeniach i emocjach, znajdujemy na to czas. Wydawałoby się, że najmłodsze dziecko wymaga najwięcej uwagi.

Laura nie jest samodzielna, potrzebuje dorosłych na każdym kroku, więc poświęcałam jej najwięcej czasu. Tymczasem takie myślenie jest pułapką, starsze dzieci też chcą uwagi rodziców. Zauważam to zwłaszcza teraz, w pandemii.

Przyjrzałam się mojej nastolatce i zaczęłam spędzać z nią więcej czasu. Traktowałam Anię jak niemal dorosłą osobę, a przecież 15 lat to trudny wiek, rodzice są potrzebni. I ona też jest mi potrzebna. Natalia Kukulska z córką

Chciałabym jakiś czas pożyć w Hiszpanii, bo tam mamy swój azyl, posiedzieć w ciszy, wsłuchać się w szum oceanu

Syna urodziła pani jako młoda kobieta, niemal dziewczyna, najmłodszą córkę jako kobieta dojrzała, z dużym doświadczeniem życiowym i zawodowym. Czy macierzyństwo w dojrzałym wieku różni się od młodzieńczego? Czy inaczej wychowuje pani najmłodsze dziecko?

Myślę, że teraz jestem bardziej świadoma, dawniej szłam na żywioł, byłam pełna entuzjazmu, traktowałam macierzyństwo jak przygodę.

Miałam dużo pomocy ze strony babć, więc mogłam pracować, budować swoją karierę, a z dziećmi spędzałam czas w sposób radosny, bawiłam się z nimi.

Chociaż w opiece nad Laurą pomaga nam niania, zastanawiam się, jak się bawić, czego ją nauczyć, co się jej przyda w życiu.

Rok pandemii pokazał mi, że bycie mamą na pełny etat jest niesamowitym wyzwaniem. Oczywiście ze starszymi dziećmi też byłam blisko, gdy były małe, dobierałam zajęcia dodatkowe, woziłam, odrabiałam z nimi lekcje, ale czasu ze sobą spędzaliśmy jednak mniej.

Radość bycia mamą jest czymś nie do zastąpienia. Miłość macierzyńska osładza trudy dnia codziennego, ale te trudy nadal są.

Myślę, że dojrzałe macierzyństwo jest bardziej odpowiedzialne, wymaga więcej zastanowienia i planowania. Jest zatem trudniejsze, ale może pełniejsze.

Czy ma pani jakieś marzenie, którego jeszcze pani nie zrealizowała z różnych powodów: bo dzieci musiały dorosnąć, bo nie miała pani odwagi...

Chciałabym jakiś czas pożyć poza Polską, najlepiej w Hiszpanii, bo tam mamy swój azyl. Zawsze trzeba było jednak wracać z powodu szkoły dzieci albo pracy.

Chciałabym pobyć tam kilka miesięcy, rozmawiać z mieszkańcami, czasem posiedzieć w ciszy, słuchając oceanu, pochodzić na lokalne targi, kupować lokalną żywność, jadać w miejscowych restauracjach.

Może to brzmi jak emerytura, ale chciałabym spróbować pożyć spokojnie, bez żadnych zobowiązań, mieć czas na medytację, wsłuchanie się w siebie i przyrodę. Hiszpania wydaje się idealnym miejscem.

Hiszpania jest wielokulturowa, mimo że katolicka, to jednak z powodu odwiecznych wpływów muzułmańskich i dużej liczby imigrantów zupełnie inna niż Polska. Czy właśnie to pociąga panią w Hiszpanii?

Nie tylko. Lubię hiszpański temperament, duże wielopokoleniowe rodziny. Uwielbiam hiszpańskie zabytki, ich oryginalność, dbałość o detal.

Gdy Hiszpanie zaczynają budować dom, najpierw powstaje droga, wzdłuż której stawiają kwiaty w doniczkach.

W Polsce dojazd na budowę to koszmar, tam zaś dba się o to, aby było pięknie i przyjemnie. Hiszpanie naprawdę celebrują piękno i życie.

Pracuję od dziecka, lubię swoją pracę. W tym roku mija 35 lat od nagrania mojej pierwszej płyty i 25 lat od tak zwanego dorosłego debiutu

Nie kusi pani nagranie płyty w stylu hiszpańskim?

Myślałam o tym parę razy, gdy byłam w Hiszpanii, ale po powrocie do Polski dochodziłam do wniosku, że jednak nie. To, co jest wspaniałe w Hiszpanii, niekoniecznie sprawdzi się w Polsce.

To tak, jak z jedzeniem. Nawet gdy robię w Polsce taką samą sałatkę, jaką jadłam w hiszpańskiej restauracji, smakuje ona zupełnie inaczej. Ale staram się mieć w sobie hiszpańską radość życia.

Jeszcze jakieś niespełnione marzenie?

Chciałabym mieć więcej czasu dla siebie, przecież pracuję od dziecka. Jednak lubię swoją pracę. W tym roku mija 35 lat od nagrania mojej pierwszej płyty i 25 lat od tak zwanego dorosłego debiutu, chciałabym to uczcić.

Nie chcę wydawać krążka typu "the best of", wręcz przeciwnie, chcę zaproponować coś nowego, inspirującego. Jeszcze nie do końca wiem, jak ta płyta będzie wyglądać, ale to marzenie powoli zaczyna nabierać kształtu.

Nie chcę zdradzać szczegółów, mogę jedynie powiedzieć, że powstały trzy pierwsze utwory. Nie mam natomiast marzeń nierealnych, może dlatego, że jestem już dojrzałą osobą, odpowiedzialną, mamą trójki dzieci.

Wolę mieć marzenia, które można zamienić na plany do zrealizowania.

Pięć lat temu rozmawiałam z moją menedżerką o marzeniach zawodowych. Wśród nich był trochę szalony pomysł nagrania płyty z symfonicznymi aranżacjami utworów Chopina i proszę – udało się.

Marzenie zamieniłyśmy na plan, który konsekwentnie realizowałyśmy, choć było to przedsięwzięcie karkołomne zarówno artystycznie, jak i logistycznie.

Ma pani ulubioną piosenkę?

Trudne pytanie. Identyfikuję się z każdym tekstem, który śpiewam. Gdybym jednak miała wyróżnić utwór, który stał się mottem tej płyty, to byłyby to "Czułe struny", czyli Polonez As-dur, w którym afirmuję odwagę i celebrację życia. Wspaniale jest poznawać jego kolory. Natalia Kukulska

Autor publikacji:
Dr Agnieszka Podolecka
agnieszka.podolecka@ktociewyleczy.pl

Dr Agnieszka Podolecka urodziła się w Sri Lance i od najmłodszych lat interesowała się innymi kulturami. Jest orientalistką i afrykanistką. Pracę doktorską napisała na temat szamanizmu południowoafrykańskiego i jego oddziaływania na New Age. Prowadzi badania w RPA, Lesotho. Namibii, Botswanie, Zambii i Zimbabwe. Jest autorką artykułów naukowych i dwóch powieści: "Za głosem sangomy" i "Żar Sahelu"

Zobacz więcej artykułów tego eksperta
Holistic Health 2/2021
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W:
Holistic Health 2/2021
KUP wydanie papierowe KUP wydanie ELEKTRONICZNE
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W
Holistic Health 2/2021
Holistic Health
Kup teraz
Wczytaj więcej
Zapisz się i odbierz wybrany magazyn gratis!
Zapisz się i odbierz prezent
Nasze magazyny
Copyright © AVT 2020 Sklep AVT