Jesteś terapeutą?

Walka z rakiem trzustki

Patrycja od lat zmagała się z nadwagą i postanowiła raz na zawsze rozprawić się z tym problemem. Poszła do lekarza, aby uzyskać porady dotyczące diety i zaplanować mądre, skuteczne odchudzanie. Niestety, zamiast walczyć z nadmiarem kilogramów, musiała się zmierzyć z groźniejszym przeciwnikiem - rakiem trzustki.

Artykuł na: 17-22 minuty
Zdrowe zakupy

Rak trzustki - diagnoza

Cofnijmy się nieco w czasie. - Czułam się doskonale, nic mnie nie bolało i nie dostrzegałam u siebie żadnych niepokojących objawów - wspomina Patrycja Rzadkowska. - Zresztą miałam tylko 25 lat, więc co mi mogło dolegać? Postanowiłam, że odchudzanie będę prowadziła pod okiem lekarza. Poszłam więc do mojej lekarki i powiedziałam, co planuję. Pani doktor, która ma też specjalizację z diabetologii, pochwaliła moją decyzję.

Zleciła badania, niezbędne do oceny mojego ogólnego stan zdrowia. Badania nie ujawniły niczego niepokojącego. Ale ponieważ miałam odchudzać się mądrze, lekarka zdecydowała, że należy jeszcze wykonać USG brzucha, aby wykluczyć schorzenia przewodu pokarmowego, które mogły być przyczyną nadwagi.

Bez najmniejszych obaw Patrycja poszła na USG. Był lipiec 2017 roku, kiedy usłyszała, że ma w brzuchu "coś dużego". Lekarz ocenił, że guz ma średnicę 16 centymetrów. Konieczne było szybkie wykonanie tomografii komputerowej.

- Przyjęłam diagnozę do wiadomości - mówi. - Ale nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę, że to dotyczy właśnie mnie. Następnego dnia pojechałam do pracy na uczelnię, ale zamiast zajmować się swoimi obowiązkami, cały czas wisiałam na telefonie. Rozmawiałam z rodziną i przyjaciółmi. Oczywiście powiedziałam także mojej szefowej, co się dzieje i że prawdopodobnie będę musiała iść na długie zwolnienie lekarskie. Cały czas z kimś gadałam, ale to była taka moja terapia, reakcja na to, co mnie spotkało.

W czasie, kiedy Patrycja była w pracy, jej mama i ciocia, która jest doświadczoną pielęgniarką, uruchomiły w domu centrum dowodzenia. Rozpoczęło się poszukiwanie miejsca, gdzie można błyskawicznie wykonać tomografię i gdzie przyjmują najlepsi specjaliści. Tego samego dnia, w prywatnej klinice, Patrycja przeszła badanie. Jego wynik nie pozostawiał wątpliwości - guz w trzonie i ogonie trzustki.

- Kiedy z kompletem badań pojechałam na prywatną wizytę do profesora w Katowicach, ten obejrzał wyniki, ale zakwestionował ich opisy - wspomina Patrycja. - Profesor nie mógł uwierzyć, że ma do czynienia z rakiem trzustki u tak młodej osoby. Skłaniał się ku twierdzeniu, że to reakcja obronna trzustki. Zapytał wprost, czy ostatnio nie za dużo imprezowałam. Drugą konsultację miałam umówioną we Wrocławiu.

Za wszystkie wizyty i badania płaciła moja rodzina, ponieważ bardzo zależało nam na szybkim postawieniu diagnozy. Owszem, kartę DiLO, czyli szybkiej diagnostyki i leczenia onkologicznego, miałam wystawioną zaraz po pierwszym badaniu USG, które wykazało, że mam coś w brzuchu. Zarejestrowałam ją w Dolnośląskim Centrum Onkologii we Wrocławiu, ale to niczego nie rozwiązało. Niestety naszą medycyną rządzą limity. Szybka diagnostyka to mit. Lekarze są przeciążeni i nawet gdyby chcieli, nie mogą poświęcić pacjentom tyle czasu, ile oni potrzebują. W wielu przypadkach chory musi sam sobie radzić.

Jak wygląda operacja raka trzustki?

Nadszedł sierpień i Patrycja trafia do Dolnośląskiego Centrum Onkologii. Lekarze przeprowadzają zwiadowczą laparoskopię i pobierają wycinki do badania histopatologicznego. Niemal w tym samym czasie przychodzi wiadomość z Katowic, że dziewczyna ma się zgłosić w połowie września na operację. Badania wykonane we Wrocławiu wskazywały, że guz ma charakter neuroendokrynny, ale po operacji przeprowadzonej w Katowicach stało się jasne, że nie była to prawidłowa diagnoza.

Uśmiechnięta dziewczyna

Jeszcze przed operacją przewidywano, że umiejscowienie guza i jego nadmierne unaczynienie mogą być przyczyną komplikacji. Operacja minęła spokojnie. W drugiej dobie po zabiegu lekarze usunęli dreny. Niestety potwierdziły się obawy specjalistów. Z rany sączył się sok trzustkowy. - Kiedy z rany wyjęto ostatni dren, przyklejono mi do niej worek stomijny - wspomina Patrycja.

- Zakazano mi jeść. Dostawałam tylko kroplówki. Lekarz zezwolił jedynie na warzywny rosół. W szpitalu byłam ponad cztery tygodnie. Dyżurowali przy mnie na zmianę rodzice, pomagali mi w codziennych czynnościach, myciu czy jedzeniu. Mieszkam w Oławie. To 170 km od Katowic, więc skąd brać rosołek? Na wysokości zadania stanął mój tata, który co trzy dni zjawiał się w szpitalu z garnkiem świeżego rosołu.

Dziennie mogłam wypić tylko trzy kubeczki. Piłam, chociaż każdy kolejny kubek był mniej smaczny. Dziś na samą myśl o rosołku robi mi się niedobrze. Ogromnym pocieszeniem było dla mnie to, że w przypadku nowotworu, który u mnie usunięto, stosuje się tylko leczenie chirurgiczne. Nie ma potrzeby dodatkowego leczenia za pomocą chemio- czy radioterapii (Czy chemioterapia zabija?). Ale prawda jest taka, że fakt, iż nie było dodatkowego leczenia, do dziś budzi we mnie lęk. Mam wielkie zaufanie do moich lekarzy, ale gdzieś z tyłu głowy siedzi obawa, że może coś zostało przeoczone.

Wstawienie protezy trzustki

Mijały kolejne tygodnie, a przewód trzustkowy się nie zrastał. Patrycja chodziła z workiem stomijnym. Rana z nieznanego powodu nie chciała się zagoić. Podczas kontrolnego USG lekarze zdecydowali, że konieczne jest ponowne założenie drenu. - Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam nawet zaprotestować - opowiada. Po 3 tygodniach okazało się, że to nie pomaga. Uznano, że konieczne jest założenie protezy na przewód trzustkowy. Zabieg miał być wykonany w Katowicach, ale ze względu na strajk rezydentów i brak anestezjologów nie można było go przeprowadzić.

- Protezę zakłada się w ogólnym znieczuleniu - tłumaczy Patrycja. - Trzeba być na czczo, więc byłam. Kolejnego dnia okazało się, że nie mam aktualnych badań i ponownie przełożono operację. W rezultacie przez 3 doby miałam przymusowy post. Wreszcie wykonano zabieg, ale proteza nie zadziałała. Lekarz zdecydował, że trzeba go powtórzyć, ale tym razem w Warszawie. Tak się też stało. Teraz co kilka miesięcy wracam do stolicy na wymianę protezy. To troszkę uciążliwe. Ale ja nie narzekam na życie, na złą pogodę, jestem ciekawa świata, ludzi i pełna energii. Były chwile bardzo trudne, ale starałam się zachować optymizm, nawet w tych najgorszych sytuacjach. Udawało się.

Quote icon
Lekarz nazywał mnie gwiazdeczką, ale widziałam, że moja postawa, a nawet czarny humor, dobrze wpływały na inne pacjentki

Patrycja jest z wykształcenia psychologiem, więc może dlatego łatwiej jej zrozumieć niektóre rzeczy. - Każdego dnia, nawet w szpitalu, dbałam o codzienne rytuały - wspomina. - Jak przychodziła sobota, to ciach i maseczka na twarzy, potem miła lektura i relaks. Powtarzałam sobie, że przecież kiedyś wyjdę ze szpitala i muszę dobrze wyglądać. Poza tym bez przerwy miałam gości, a to z Krakowa, a to z Warszawy, moje przyjaciółki z Oławy. Nikogo nie chciałam straszyć swoim wyglądem. Lekarz, który się mną opiekował w szpitalu, nazywał mnie gwiazdeczką. Ale widziałam także, że moja postawa, a nawet czarny humor, dobrze wpływały na inne pacjentki.

Patrycja zawsze miała do siebie ogromny dystans. Tacy są również jej przyjaciele. W chorobie wspierali ją rodzice, ale i wierna grupa przyjaciółek, z którymi się zna od 20 lat i które traktuje jak bliską rodzinę. Dziewczyny śmieją się, że stworzyły armię wsparcia. To one były z Patrycją w wieczór poprzedzający pierwszą operację. Na szpitalnym identyfikatorze napisały jej "all inclusive", co wywoływało przyjazne uśmiechy na twarzach personelu medycznego. Noc przed zabiegiem spędziły na środku szpitalnego korytarza, śmiały się i chichotały. Wspominały wspólne wypady, wyjazdy za miasto, ale i te trudniejsze chwile.

- Starsze pielęgniarki upominały nas, ale te młodsze patrzyły bardzo życzliwie - opowiada Patrycja. - Miałam ogromne szczęście, że w czasie choroby zawsze był przy mnie ktoś mi bliski. Podczas leczenia skupiałam się na małych rzeczach. Koncentrowałam się na celach, które stały przede mną. Jurto jest operacja, więc trzeba się do niej przygotować. Co będzie po operacji, dowiesz się jutro, dziś to cię nie powinno interesować. To pomagało, pozwalało przetrwać. Chętnie też korzystałam z podpowiedzi zaprzyjaźnionej ze mną psychoonkolog, która radziła, na czym się skupiać i skąd czerpać siłę, mówiła też wiele o fizjologii i rekonwalescencji, wskazywała rozwiązania, o których nawet bym nie pomyślała.

Przyczyny i objawy raka trzustki

W Polsce każdego roku rozpoznaje się 3,6 tys. nowych przypadków raka trzustki, a 80% z nich dotyczy osób po 55. roku życia. Systematycznie rośnie jednak liczba znacznie młodszych pacjentów. Naukowcy podkreślają, że rak trzustki może być dziedziczny. Występowanie czynnika genetycznego stwierdza się u 10-15% chorych. Przyczyną tego nowotworu są nawracające zapalenia trzustki, cukrzyca, źle leczona choroba wrzodowa, której skutkiem jest niedokwaśność soku żołądkowego.

Powodują ją również złe nawyki żywieniowe - nadmiar czerwonego mięsa, tłuszczów pochodzenia zwierzęcego, niedobór witaminy C, błonnika i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych. Chorobie sprzyja także palenie papierosów. Nie stwierdzono natomiast, aby picie alkoholu miało bezpośredni wpływ na rozwój raka trzustki. Istnieją doniesienia, że umiarkowana konsumpcja czerwonego wina ma działanie ochronne.

Większość przypadków raka trzustki rozpoznaje się w zaawansowanym stadium choroby, ponieważ bardzo długo nie daje ona żadnych objawów lub powoduje takie, które łatwo usprawiedliwić innymi problemami zdrowotnymi. Do objawów choroby zalicza się ogólne osłabienie, ból pod żebrami, dyskomfort w górnej części brzucha (np. przelewanie się), brak apetytu, gwałtowny ubytek masy ciała, nudności i wymioty (związane są z naciekaniem guza na dwunastnicę lub okolice odźwiernika), biegunki lub/i zaparcia.

Stolec i mocz mogą mieć nietypowe zabarwienie. W późniejszym okresie pojawia się żółtaczka. Czasem o raku trzustki świadczy nagłe wystąpienie cukrzycy lub nietolerancja glukozy. Przy zaawansowanym nowotworze pojawia się krwawienie z górnego odcinka przewodu pokarmowego oraz powiększenie pęcherzyka żółciowego. Resekcja guza daje chorym 15-20% szans na przeżycie 5 lat. Średni czas przeżycia wynosi 12-18 miesięcy

Regeneracja organizmu przy raku trzustki

Organizm Patrycji był wyczerpany chorobą. Schudła 12 kilogramów. Kiedyś byłby to powód do radości, ale nie tym razem. Pojawiła się poważna anemia, niedożywienie i konieczne było wprowadzenie żywienia pozajelitowego. - Choroba przerwała mi pisanie pracy magisterskiej - mówi Patrycja. - Ktoś stwierdził, że wyhodowałam sobie guza, bo nie chciałam bronić pracy magisterskiej. Innym razem ktoś powiedział, że muszę się wreszcie obronić, bo co mi napiszą na nagrobku.

Quote icon
Bywa, że jest mi ciężko, wtedy muszę się wygadać, ponarzekać, ale za chwilę biorę się do roboty, aby zrealizować wytyczony cel

Takie żarty mogą się wydawać niestosowne, ale nam pozwalały przetrwać. Moją rodzinę i przyjaciół cechuje duży dystans do życia. W każdej, nawet pozornie beznadziejnej sytuacji staramy się znaleźć jasną stronę i powód do uśmiechu. To pozwala zachować równowagę psychiczną, nie poddawać się. Z każdej porażki chcę wyciągnąć jakąś naukę, lekcję, którą trzeba odrobić. Pod koniec października 2017 roku wróciłam do pisania pracy magisterskiej. Moje przeżycia sprawiły, że zmieniłam jej temat i pisałam o psychoonkologii. Mam już za sobą obronę. Teraz jestem na studiach podyplomowych i myślę o doktoracie. Dziewczyna z balonami

Inne problemy związane z rakiem trzustki

Patrycja ukończyła studia podyplomowe i rozpoczęła naukę na kolejnych, aby zdobyć możliwość pracy z dziećmi, czyli mieć przygotowanie pedagogiczne. Niestety, nie udało się jej znaleźć pracy psychologa, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Rak został nieprzyjemnym i trudnym wspomnieniem, ale pojawiły się inne kłopoty zdrowotne.

- W październiku zeszłego roku dostałam ostrego zapalenia trzustki - opowiada. - Niestety zapalenia powtarzały się co jakiś czas. Lekarze długo analizowali, dlaczego tak się dzieje. Doszli do wniosku, że przyczyną może być zwężony przewód trzustkowy. Diagnostyka zajęła prawie rok, co miało też związek z szalejącą pandemią koronawirusa. Ale będę miała wykonany zabieg protezowania przewodu trzustkowego. Odbędzie się on w Warszawie.

Proteza przewodu trzustkowego to rozwiązanie na kilka miesięcy. Po tym czasie konieczny jest kolejny zabieg. Dlatego też lekarz opiekujący się Patrycją będzie szukał trwalszego rozwiązania. Zabieg jest mało inwazyjny. Wykonuje się go endoskopowo, ale pod narkozą.

- Bardzo się cieszę na ten zabieg - mówi Patrycja. - Wiem, że to nie koniec moich zdrowotnych przygód, jednak dzięki nowej protezie będę mogła wrócić do normalnego życia, a przede wszystkim odzyskać siły. Poza tym chodzę na psychoterapię, ponieważ niemoc fizyczna, sama choroba i liczne ograniczenia zaczęły się przekładać na zdrowie psychiczne. Źle się ze sobą czułam, nie rozumiałam swoich zachowań i podejrzewałam, że mogę mieć depresję. Teraz jestem bardzo zadowolona ze swojej decyzji. Polecam psychoterapię wszystkim, którzy nie radzą sobie ze swoimi emocjami. Nie ma nic wstydliwego w takiej terapii.

Dziewczyna na łące Wychodzę na prostą i teraz żałuję, że tak długo zwlekałam z jej rozpoczęciem i wizytą u psychiatry. Co więcej, mogę powiedzieć, że to najlepiej wydane w moim życiu pieniądze. Patrycja koncentruje się teraz na ukończeniu drugich studiów podyplomowych i rozpoczęciu pracy w zawodzie. Przy problemach z trzustką ważna jest dieta (zioła mogą mieć bardzo pozytywny wpływ na trzustkę). Dlatego też korzysta z pomocy gastrologa, aby być pod opieką specjalisty. Okazało się też, że produkty powszechnie uznawane za zdrowe, takie jak kasze, ryż i makarony, Patrycji nie służą, bo powodują zbyt duży wyrzut insuliny. 

- Już nie jem na śniadanie swojej ulubionej owsianki, bo mi szkodzi - mówi Patrycja. - Owsianka oznacza dla mnie to samo co zjedzenie szklanki cukru. Moja dieta to głównie warzywa i białko w postaci delikatnego mięsa - dodaje. - Zmieniłam się - przyznaje wprost. - Staram się nie definiować swojego życia przez chorobę. Ale żyję z nią i muszę przeorganizować swoje myślenie i postępowanie. Życie z chorobą, nawet uciążliwą, nie musi być beznadziejne. Trzeba tylko znaleźć swój własny sposób na wzajemne funkcjonowanie.

Czasem niewielka zmiana może odmienić nasz los. Teraz nie zwracam uwagi na błahostki, drobiazgi. Najważniejsza jest radość z każdej chwili życia. Doceniam wszystko, czego doświadczam, cieszy mnie każdy dzień, każde spotkanie. Bywa, że jest mi ciężko, wtedy muszę się wygadać, ponarzekać, ale za chwilę biorę się do roboty, aby zrealizować wytyczony cel. Życie można bardzo łatwo stracić. A ja... Najważniejsze są wspomnienia, bo tych nikt nam nie odbierze. Na końcu swojej drogi chciałabym szeroko się uśmiechnąć i pomyśleć "o kurczę, warto było się starać".

Holistic Health
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W:
Holistic Health 1/2021
KUP wydanie ELEKTRONICZNE
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W
Holistic Health 1/2021
Holistic Health
Kup teraz
Wczytaj więcej
Nasze magazyny