Bakteriami w komórki rakowe

W roku 1891 młody chirurg, William Coley, właśnie rozpoczynał karierę w nowojorskim szpitalu. Jego pierwszą pacjentką była 17-letnia dziewczyna. Coley musiał amputować jej dłoń z powodu rozwijającego się nowotworu. Niestety, mimo to pojawiły się przerzuty i dwa miesiące później pacjentka zmarła. Dręczony poczuciem bezradności Coley zagłębił się w szpitalne historie wcześniejszych przypadków raka w nadziei odkrycia skutecznej terapii.

23 czerwiec 2016
Artykuł na: 9-16 minut
Zdrowe zakupy

Nieoczekiwanie natrafił na opis przypadku pacjenta z dużym mięsakiem policzka, kilkakrotnie operowanym i wciąż powracającym. Po ostatniej operacji w niegojącej się ranie rozwinęła się róża - silna infekcja wywołana przez paciorkowce. Lekarze nie byli w stanie jej opanować, lecz ku ich zdumieniu po każdym ataku gorączki guz zmniejszał się coraz bardziej, aż w końcu zniknął zupełnie. Chociaż zdarzenie miało miejsce sześć lat wcześniej, Coley nie szczędził wysiłków, by odszukać pacjenta. Odnalazł go po kilku tygodniach poszukiwań - na twarzy mężczyzny wciąż widoczna była blizna, lecz nie było ani śladu guza.¹

Podążając dalej tym tropem, Coley stwierdził, że przypadki samoistnego ustąpienia nowotworu w wyniku ostrej infekcji opisywano wielokrotnie na przestrzeni stuleci. Zachęciło go to, by wypróbować terapię w praktyce, infekując paciorkowcami 10 pacjentów cierpiących na raka. Żywe bakterie okazały się zbyt nieprzewidywalne - czasem infekcja nie rozwijała się zupełnie, ale zdarzyły się też przypadki śmiertelne. Zastosował więc rodzaj szczepionki, zawierającej dwa gatunki bakterii, Streptococcus pyogenes (paciorkowiec ropny) i Serratia marcescens (pałeczka krwawa), unieszkodliwione w wysokiej temperaturze.

Mieszanka ta stała się znana jako "toksyny Coleya". ² Przy jej pomocy, w okresie od roku 1895 aż do śmierci w roku 1936, Coley (a także inni lekarze) leczył z dobrym, a nierzadko wręcz spektakularnym, skutkiem setki chorych na raka, nawet znajdujących się już w krańcowym stadium choroby. Istotą jego metody było sztuczne wywołanie ostrej infekcji z towarzyszeniem wysokiej gorączki. Toksyny wstrzykiwano przez kilka tygodni bezpośrednio do guza nowotworowego i jego przerzutów w regularnych odstępach czasu, rozpoczynając od niewielkiej dawki i stopniowo ją zwiększając.

Dowody naukowe sugerowały, że infekcja i wysoka gorączka nie zawsze oznaczają szkodę dla organizmu.

Rezultaty stosowanej przez Coleya terapii oceniano kilkakrotnie już po jego śmierci. W roku 1953 w czasopiśmie Acta Medica Scandinavica ukazała się publikacja autorstwa jego córki, Helen Coley-Nauts, która zadała sobie ogromny trud zebrania i podsumowania bardzo niesystematycznie prowadzonej przez ojca dokumentacji medycznej jego pacjentów.³ Stwierdziła ona m.in., że Coley stosował co najmniej 15 różnych preparatów, z których 11 okazało się zbyt słabych.

Nie ma jednak wątpliwości co do skuteczności jego metody. Potwierdził to w roku 2008 Alberto Mantovani z uniwersytetu w Mediolanie, podkreślając, iż Coley udokumentował przypadki długotrwałego wyleczenia nowotworów złośliwych, które dziś stanowiłyby ogromne wyzwanie dla medycyny. 4 Było wśród nich wiele przypadków zaawansowanych nieoperacyjnych zmian, a mimo to - jak wynika z pracy córki Coleya - pięcioletni okres przeżycia udało mu się osiągnąć u ponad 80% pacjentów.

Terapię tę stosowano jeszcze przez pewien czas po śmierci Coleya, lecz wkrótce przyćmił ją rozwój radio- i chemioterapii. W roku 1963 amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) nadała preparatowi Coleya status "nowego leku", ograniczając tym samym jego stosowanie do testów klinicznych.² W ostatnich latach odżywa zainteresowanie użyciem bakterii do walki z rakiem, napotyka ono jednak na trudności ze strony organów rejestracyjnych, które nie są skłonne dopuszczać do użycia leków o niesprecyzowanym składzie i niewyjaśnionym do końca mechanizmie działania.

Być może do jego wyjaśnienia przyczynią się badania, jakie prowadzi wraz z kolegami Uwe Hobohm, biolog komórkowy i profesor bioinformatyki z uniwersytetu w Giessen w Niemczech. Do zainteresowania się tym tematem skłoniła go publikacja naukowa z 1951 roku, opisująca 26 przypadków samoistnego wyleczenia dziecięcej białaczki wśród 300 pacjentów.5 80% wyleczeń poprzedzonych było infekcją i wysoką temperaturą. Trudno uznać to za zbieg okoliczności, pomimo małej liczebności badanej grupy. Zależność tę potwierdzały też inne opisy przypadków samoistnego ustąpienia raka.

Ku swemu zaskoczeniu, Hobohm znalazł również ponad 30 opublikowanych badań, dowodzących, iż osoby, które przebyły w życiu większą ilość infekcji połączonych z wysoką gorączką (takich jak np. choroby zakaźne wieku dziecięcego), obarczone były mniejszym ryzykiem zachorowania na raka lub jego nawrotu po terapii.

Dowody naukowe sugerowały najwyraźniej, że - wbrew powszechnemu przekonaniu - infekcja i wysoka gorączka nie zawsze oznaczają szkodę dla organizmu. Jaki mechanizm może zatem kryć się za ich antynowotworowym działaniem?

Patogeny wywołujące infekcje są bardzo zróżnicowane (mogą to być bakterie, grzyby, wirusy, a nawet pierwotniaki), trudno więc zakładać, że wszystkie produkują tajemniczy czynnik zwalczający raka. O wiele bardziej prawdopodobna jest hipoteza, iż wszystkie wyzwalają podobną reakcję naszego układu odpornościowego.

Przez długi czas sądzono, że komórki rakowe, jako wywodzące się z własnych komórek organizmu, są "niewidzialne" dla układu odpornościowego. W rzeczywistości jednak w guzach nowotworowych często spotyka się nacieki komórek immunologicznych, takich jak limfocyty cytotoksyczne, co wskazuje na istnienie aktywnej odpowiedzi przeciwnowotworowej, choć jest ona zwykle zbyt słaba, by zwalczyć chorobę. Hobohm i jego współpracownicy stawiają hipotezę, że ligandy receptorów rozpoznających cząsteczki patogenu mogą wywołać nasilenie reakcji immunologicznej do takiego stopnia, by zdołała ona spowodować zmniejszanie się guza.6

Uruchomienie reakcji obronnej organizmu przeciwko inwazji bakterii lub wirusów (czy też komórek nowotworowych) wymaga aktywacji limfocytów T. Potrafią one rozpoznawać komórki rakowe, dopóki jednak nie zostaną odpowiednio uaktywnione, pozostają wobec nich stosunkowo nieszkodliwe. Aktywacji limfocytów T mogą dokonać komórki dendrytyczne, te z kolei muszą najpierw same zostać pobudzone przez ligandy receptorów rozpoznających cząsteczki patogenu. Jak przypuszczają naukowcy, aktywne komórki dendrytyczne mogą uaktywnić jednocześnie różne typy limfocytów T, dzięki czemu odpowiedź immunologiczna na patogen zapoczątkuje również odpowiedź na komórki rakowe.

Eksperymenty, jakie Hobohm wraz ze współpracownikami z niemieckich uniwersytetów przeprowadził na myszach, potwierdziły hipotezę działania ligandów: podawanie pojedynczego ligandu receptorów rozpoznających patogen prowadziło do spowolnienia wzrostu guza, podczas gdy zastosowanie ich mieszanki umożliwiało całkowite wyleczenie. Skuteczna terapia wymagała regularnego podawania ligandów przez dłuższy czas - u myszy były to trzy tygodnie, co u człowieka odpowiada kilku miesiącom – a więc okresowi zalecanemu przez Coleya.

Każda dawka ligandów wywoływała u myszy podwyższenie ciepłoty ciała, choć nie stwierdzono, czy wystąpienie gorączki jest niezbędne dla działania kuracji. Skądinąd wiadomo jednak, że wysoka temperatura wspomaga wiele funkcji układu odpornościowego, m.in. nasila stymulującą działalność komórek dendrytycznych wobec limfocytów T, wychwytywanie antygenów, migracje aktywacyjne, dojrzewanie komórek i wytwarzanie cytokin (białek uczestniczących w reakcjach immunologicznych). Podawanie leków obniżających gorączkę niweczy jej pobudzający wpływ na układ immunologiczny i może prowadzić do wydłużenia i pogorszenia przebiegu infekcji.7

Infekcja czerwonych krwinek

Jak pokazały wspomniane badania epidemiologiczne, przebyte wcześniej infekcje z towarzyszeniem wysokiej temperatury mogą mieć skutek profilaktyczny, obniżając ryzyko późniejszego zachorowania na raka. Jednym z możliwych wyjaśnień jest niszczenie podczas zwalczania infekcji również przyszłych komórek nowotworowych.7

Uwe Hobom ma nadzieję, że mieszanki ligandów receptorów rozpoznających patogeny mogą stanowić alternatywę dla bakteryjnych ekstraktów Coleya, której łatwiej będzie pokonać bariery prawne dla leków dopuszczanych do użycia. Sprawdzenie ich skuteczności u ludzi wymaga jednak długotrwałego ich podawania, i to pacjentom, których układ odpornościowy nie został jeszcze upośledzony przez chemio- i radioterapię. Trzeba przy tym pamiętać, że sam Coley uzyskiwał bardzo zróżnicowane rezultaty, nie zawsze pozytywne. Daleka droga dzieli nas więc jeszcze od chwili, gdy terapia ta stanie się uznanym sposobem leczenia raka. Pierwsze kroki zostały już jednak poczynione, i to ponad 100 lat temu.

Bibliografia

  1. Uwe Hobohm, Healing heat: Harnessing infection to fight cancer, American Scientist, styczeń-luty 2009
  2. S.A.Hoption Cann, Dr William Coley and tumour regression: a place in history or in the future, Postgraduate Medical Journal, sierpień 2013
  3. Nauts HC i wsp., A review of the infl uence of bacterial infection and of bacterial products (Coley’s toxins) on malignant tumors in man. Acta Med Scand Suppl 1953;276:1–103
  4. A. Mantovani i wsp., Cancer-related inflammation, Nature, t. 454, str. 436-444, 2008
  5. The American Journal of Medicine, t. 10, str. 238
  6. Uwe Hobohm, Hot, toxic and healing, New Scientist, styczeń 2014
  7. S.A.Hoption Cann i wsp., Acute infections as a means of cancer prevention: Opposing effects to chronic infections? Cancer Detection and Prevention, 30 (2006), 83-93
Artykuł należy do raportu
Metody leczenia raka
Zobacz cały raport
Wczytaj więcej
Może Cię zainteresować
Nasze magazyny